IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Styczeń, Posiadłość Marou

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 2:44 pm


    Nymeria zgodziła się ze mną, by następnie wziąć od kelnera kolejne dwie szklanki... W takim tempie skończyłabym, całując samego Vincenta Marou, wołając do niego "Legolasie", mimo że odcień włosów z deczka się nie zgadza... Wzdrygnęłam się na samą myśl, chcąc od razu wyrzuć to ze swojej głowy. Pfu, ble, yhh... Niestety już od dawna byłam świadoma swojej przypadłości i miałam nadzieję, że z czasem i wiekiem mi to przejdzie.
Po zadanym przez nią pytaniu, powróciłam wzrokiem do jej zielonych tęczówek i parsknęłam śmiechem.
  - A w życiu. Będę dzisiaj najbardziej z Was trzeźwa... Ale nie martw się, jak stoczysz się na dno  osobiście pomogę Ci się odbić- puściłam jej oczko, by nastepnie popatrzeć na parkiet. Na środku sali została młodsza część towarzystwa, która podrygiwała do szybkiej muzyki, lecz para, która chyba najbardziej się wyróżniała, zdawała się emanować pewnością siebie i nie wątpiła w swoje taneczne umiejęstności... Ashley uśmiechała się szeroko, nie martwiąc się, że ktoś podepcze jej bose stópki... Przechyliłam delikatnie kieliszek, by posmakować odrobiny szampana... Zmrużyłam swoje oczy, wlepiając wzrok w wysokiego, długowłosego mężczyznę, który towarzyszył blondynce... A więc ten burak potrafi się się całkiem nieźle ruszać... Na wspomnienie nieprzyjemnej konfrontacji w kuchni nawet szampan przestał mi smakować. A żebyś się tak potknał, panie jebany Pocahontas...
I wtedy zdarzyło się coś, czego nawet ja nie zrozumiałam, a kiedy jednak dotarło do mnie, że byłam tego winowajcą, zakrztusiłam się zimnym napojem.
    W trakcie tańca, ich idealnie dopasowanie i uzupełnienie się w ruchach zostało zaburzone. Maxwell gwałtownie zastopował podczas przyciągania partnerki, lecz ostatecznie nie wykonał kolejnego ruchu, a blondynka odbiła się o jego tors, niewątpliwie zaskoczona sytuacją. Widziałam zdziwienie w jej oczach i próby kontynuowania tańca, lecz Maxwell jeszcze przez kilka sekund stał nieruchomo. Gdy zaczęłam się krztusić, widziałam, że napięcie w jego mięśniach ustepuje, a on sam znów swobodnie może wykonywać ruchy...
Odwróciłam się automatycznie do nich plecami, wiedząc że dziewczyny nawet nie były świadome zaistniałej sytuacji. Popatrzyłam na Variyę, chcąc skupić się na jej słowach, ale... Kurcze, w sumie dobrze wyszło. Szeroki, złośliwy usmiech wystapił na mej twarzy, a ja tylko udawałam, że był on wynikiem słów brunetki...
  - A to ja niby jestem romantyczką... Ale cóż, jesli tak uważasz to w porządku, ja jednak wolę swoją tezę. Jestem jednak spokojniejsza, kiedy myślę, że niektóre rzeczy... To nie zbieg okoliczności ani przeznaczenia- dokończyłam, stukając się z ich naczyniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 64
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 4:39 pm


     Musiałam przyznać sobie idealną praktyczność w doborze ubioru na wieczór. Miałam luźną sukienkę z rozcięciem, dzięki któremu nie musiałam się obawiać, że materiał skrępuje moje ruchy. Nie uciekałam od wyzwań, nawet jeśli wszyscy na Sali tylko czekali na jakiś błąd, o którym mogliby plotkować kolejnych kilka dni.
     Quickstep był przyjemną odmianą od sztywnych walców. Należałam do ludzi, którzy woleli skoczną i szybszą muzykę od wolnej, klasycznej. Nie uważałam, jednak, że wolniejsze tańce były złe. Też miały w sobie urok, zwłaszcza że układy bywały naprawdę piękne.
     - Od urodzenia! – odpowiedziałam entuzjastycznie, pozwalając mu się przyciągnąć i poprowadzić w kolejnym tańcu. Chociaż było zdecydowanie trudniej niż w walcu, nie czułam niepokoju związanego z możliwością upadku. Jeśli nastąpi, trudno, ale czułam się naprawdę świetnie. Trudnością tańczenia Quickstepa z Maxem było to, że nie ćwiczyliśmy. Niekiedy plątały mi się nogi, ale szybko sobie z tym radziłam. Zdziwiło mnie natomiast, że w pewnym momencie mężczyzna stanął i wyglądał, jakby nie mógł się ruszyć. Jego mina była równie zdziwiona, co moja, dopóki ten stan nie zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił. Na pewno jednak nie umknął uwadze gości, których zdanie mało mnie w tej chwili obchodziło.
     - Nie spodziewałam się, że aż oniemiejesz z zachwytu – skomentowałam zaczepnie, opierając dłoń o jego ramię i wkładając buty z powrotem na stopy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 5:26 pm



Wywróciłam tylko oczami znad kieliszka szampana, słysząc filozoficzne rozprawy Varyi na temat ludzkiego i naszego przeznaczenia. Nie to, żebym sama nie miała podobnych myśli - a wiedziałam, że mając kiepski humor, tak jak my dziś, było o nie bardzo łatwo - ale zwyczajnie chyba brakowało mi sił, by w tej chwili głębiej się nad tym zastanawiać. Z resztą, wierzyłam przecież w to, co powiedziałam, mówiłam prawdę. I, o dziwo, ona również, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy, odkąd się poznałyśmy. Myśląc o tym uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc jednocześnie na Ashley i Maxa, którym aktualnie chyba coś nie wychodziło.
- Rozumiem, o czym mówisz - zaczęłam, nie patrząc na żadną z dziewcząt. - I nie zaprzeczam, że może tak być. Że być może wszystko jest już dawno przesądzone, a nam pozostawiono tylko wrażenie panowania nad własnym losem, posmak jakiegoś rodzaju kontroli...
Moje spojrzenie, po raz kolejny tego wieczoru, powędrowało do Vincenta Marou. Ze smutkiem pomyślałam o ojcu.
- Nie lubię jednak myśleć, że ktoś miałby mieć taką władzę nad moim życiem, nad tym co robię. Nie wierzę, że istnieje jakaś siła wyższa, która byłaby w stanie to robić. To wszystko tylko ludzie.
Moje spojrzenie bezwiednie przesunęło się po kolorowym tłumie, ale zatrzymałam się, gdy napotkało Aarona. Rozmawiał z niebieskowłosą kobietą, która jednak, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się nie być Keirą. Widziałam wargi poruszające się w rytm słów, widziałam, jak ruszył w stronę tarasu.
Na moment wróciłam myślami do toczącej się rozmowy, przez chwilę przyglądając się dziewczętom, słuchając tego, co mówiła Aya, ale potem moje spojrzenie znów powędrowało w stronę ciemności panujących za oknem.
- Przepraszam na chwilkę - powiedziałam, przelotnie muskając łokieć Ayi, po czym oddzieliłam się od grupy.

W głowie miałam... lekki mętlik. Huczało tam od niezadanych pytań i odpowiedzi, których nie chciałam nigdy usłyszeć. Wahałam się, czy dobrze robię. Być może był to błąd z mojej strony, tak jak wtedy, gdy zjawił się w mojej sypialni, ale jakoś nie mogłam się zmusić, by tego żałować. Albo żeby się teraz zatrzymać.
Zbliżając się do przeszklonych drzwi zwolniłam, wyglądając ostrożnie na zewnątrz. Co prawda, wychodząc, wydawał się być czymś poruszony, ale nie mogłam wykluczyć, że po prostu ktoś go zawołał, a ja nie chciałam przeszkadzać. W końcu był dziś obiektem powszechnego zainteresowania...
Ale nie. Był sam i opierał się o barierkę tarasu. Ostrożnie uchyliłam drzwi i wyszłam na zewnątrz.
- Czy to aby przystoi gospodarzowi tak zostawiać gości samopas? - zapytałam. Wiedziałam, że to prawdopodobnie nie pora ani na takie teksty, ani na żartobliwy ton, jakim owo zdanie wygłosiłam, ale potrzebowałam jakiegoś początku.
- Gotowi jeszcze willę ci roznieść na kawałki... - dodałam, podchodząc bliżej, tak naprawdę jednak nie oczekując odpowiedzi ani komentarza odnośnie moich słów, więc odezwałam się ponownie, gdy tylko przystanęłam obok niego.
- Nie wyglądasz najlepiej - powiedziałam łagodnie, marszcząc brwi, po czym zapytałam jeszcze. - Wszystko w porządku?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 64
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 5:48 pm


  Moje zachowanie było niewłaściwe. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale miałem obawy, że gdybym pozostał tam dłużej, coś mógłbym odwalić. Ta czarna plama… Czułem, że była niebezpieczna. Chęć powstrzymania wybuchu była dobrym pretekstem do opuszczenia tego tłumu, zanim ponownie stanę się głównym obiektem zainteresowania. Wiedziałem, że dla Xanthii okazałem jej brak szacunku, ale jej dotyk wywołał wspomnienia, które przypomniały mi, dlaczego nie chciałem wyrazić zgody na to przyjęcie, dlaczego nie chciałem w nim uczestniczyć. Urodziny nie były dla mnie powodem do radości i świętowania.
     Chciałem upić kilka kolejnych łyków alkoholu, ale przeszył mnie dreszcz. Usłyszałem harfę swojej matki, a nikt jej nie ruszał od jej śmierci. Ktoś na niej grał i to podniosło moje ciśnienie. Przez myśl mi przeszło, żeby zawiadomić intruza o tym, że popełnił błąd, ale nie ruszałem się z miejsca, bo jednocześnie czułem pewnego rodzaju nostalgię. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w utwór, czując jak nagle się uspokajam. Mama kiedyś to grała, a grając wyglądała i zachowywała jak beztroskie, bardzo szczęśliwe dziecko. Od czasu jej śmierci nigdy nie widziałam ani jednej osoby, która byłaby tak samo zadowolona z życia, jak Ariadne w tamtym momencie. Brakowało mi tego entuzjazmu i tej pełni życia, goszczącej z ścianach tego zimnego, pustego zamku. Teraz tu było cicho, nawet jeśli posiadłość gościła tak wiele osób. Mógłbym się w tym zatracić, ale melodia ustała, a w moją stronę zbliżała się Nymeria. Spojrzałem na nią, ale nie odpowiedziałem na jej pierwsze komentarze, bo nie czułem się w obowiązku. Na ostatnie nie wiedziałem jak zareagować. Przez chwilę w milczeniu się jej przyglądając, starając się wybrać czy uchylić rąbka tajemnicy, czy jednak wciąż trzymać wszystko w sekrecie. Kiedy zdecydowałem wróciłem spojrzeniem do kieliszka i zakręciłem nim, obserwując ruch alkoholu.
     - Nie – odpowiedziałem w końcu. – Nie zastanawiałaś się, dlaczego do ostatniej chwili nikt nie miał pojęcia, że mam urodziny 5 stycznia, a mój ojciec urządza z tej okazji wielkie przyjęcie? – zapytałem, podnosząc na nią wzrok, ale niemal od razu skierowałem go na ogród. – Urodziny to dla mnie nie jest powód do świętowania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 5:57 pm




Entuzjazm Ashley zdecydowanie mi się podobał. Orkiestra grała skocznie, a my dawaliśmy mniej lub bardziej udany popis naszych umiejętności. Moja partnerka od czasu do czasu gubiła się trochę, ale w miarę szybko potrafiła odzyskać krok i rytm, a wizualnie z pewnością nadrabiała wszelkie niedociągnięcia. O sobie mógłbym - i chciałbym - powiedzieć to samo, jednak pod koniec tańca stało się coś zupełnie nieoczekiwanego: ni z tego, ni z owego zupełnie znieruchomiałem. Ludzkim odruchem, którego jeszcze nie do końca zdołałem się pozbyć, była czysta panika. Bo skoro możesz się ruszać, a potem nagle przestajesz móc, to coś jest mocno nie tak, prawda? Trwało to co prawda tylko ułamek sekundy, jednak nie byłem pewien, czy wnioski, do których doszedłem zaraz potem uspokoiły mnie, czy jeszcze bardziej wystraszyły. Bo z pewnością wkurwiły, co do tego nie było wątpliwości.
- Wierz mi, chciałbym, żeby właśnie o to chodziło - odparłem na słowa Ashley, gdy już odzyskałem władzę nad ciałem, nawet nie starając się ukryć nuty irytacji, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu winowajcy owego zajścia. Bo nie wątpiłem, że ktoś robił sobie ze mnie wała.
- Ktoś mnie unieruchomił - wyjaśniłem dziewczynie. - Nawet palcem ruszyć nie mogłem. Myślisz, że to któryś z twoich braci?
Pytanie padło, ale wątpiłem, by była to ich wina. Pewności mieć oczywiście nie mogłem, bo znana mi była tylko moc Leslie, ale jednak... Pomijając pokazówkę zaborczości w wykonaniu Owena nie odniosłem wrażenia, żeby coś do mnie mieli.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 7:24 pm



Słuchając jego słów, przytaknęłam.
- Przyznaję, że przeszło mi to przez myśl. Choć kiedy już nam powiedziałeś, bardziej skłaniałam się ku wersji, że po prostu nikt z akademii nie miał być zaproszony. No, prawie nikt... - powiedziałam, poprawiając się natychmiast, gdy przypomniałam sobie o innych czystych. W końcu nie zaproszenie ich mogłoby okazać się sporym nietaktem.
Przez chwilę wahałam się, nie mogłam znaleźć słów. Tak jak on zajrzałam do przyniesionego ze sobą kieliszka.
- Nie będę udawać, że nie mam ochoty zapytać, dlaczego tak jest... domyślam się jednak, że i tak mi nie powiesz.
Pogładziłam palcem brzeg szkła, uśmiechając się bardzo, bardzo delikatnie i z odrobiną... żalu? Być może.
- Ale dlaczego teraz? Do tej pory całkiem nieźle sobie radziłeś.
Nie było tajemnicą, że nie jest osobą słynącą z opanowania, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności przyjęcie z pewnością było dużo bardziej stresującym doświadczeniem, niż codzienne życie, ale i tak...
- Stało się coś konkretnego? Czy to raczej kwestia nadmiaru wrażeń?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 64
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 8:51 pm


     Spojrzałam zaskoczona na mężczyznę. Był naprawdę wkurzony i wcale mu się nie dziwiłam. Jeśli miał rację, to komuś najwyraźniej przeszkadzała nasza obecność. Najpierw mieliśmy do czynienia z szurniętą wampirzycą, a teraz z kimś równie normalnym. To przyjęcie owocowało w nieprzyjemne przeżycia dla każdego z nas. Nie rozumiałam jakim cudem ktoś mógł tak nie lubić Maxa, żeby go unieruchomić. Przecież on był zabawny, miły, spokojny i utalentowany. Nie mógł mieć wrogów, a przynajmniej takie miałam wrażenie.
     - Nie, żaden z nich nie ma takiej mocy – odpowiedziałam bez wahania, prostując się po założeniu drugiego buta. – Możemy sprawdzić czyja to sprawka, jeśli jesteś zainteresowany… - uśmiechnęłam się z ekscytacją i trochę niebezpiecznie. – Czuję w ścianach przepływ prądu. Sala jest monitorowana, więc pewnie i jakiś pokój z ekranami niczym z filmów tutaj mają, a ja bez problemu go znajdę… - zaproponowałam i spojrzałam na Maxa. Zastanawiałam się, co na to odpowie, bo ja byłam ciekawa.


     Nymeria zdawała się mnie znać o wiele bardziej niż przypuszczałem. Być może jej słowa o tym, że na pewno nic nie powiem wiązały się z tym, że każdy mężczyzna w moim wieku by zachował się podobnie, jednak nadal to był miły gest z jej strony. Nie należałem do zbyt wylewnych osób, co dało się zauważyć niemal od razu. Byłem też jej wdzięczny za to, że pomimo mojego milczenia na ten temat, nie odeszła tylko zdecydowała się tutaj zostać, chociaż widziałem wcześniej, że rozmawiała z Varyą, zwłaszcza, że miała więcej powodów do tego niż tylko brak współpracy z mojej strony. Musiałem przyznać, że teraz potrzebowałem towarzystwa, nie byle jakiego.
     - Na pewno masz takie gesty, które wywołują u ciebie wspomnienia, bo są związane z odczuwaniem silnych emocji jako dziecko – zacząłem i na chwilę zamilkłem, upijając łyk alkoholu z kieliszka. – Ja też taki mam. Rozmawiałem z siostrą Keiry, Xanthią i ona go użyła. To wywołało wspomnienia, które powodują u mnie mieszane uczucia, zarówno pozytywne, jak i negatywne… - wyjaśniłem spokojnie, chociaż ponownie widziałem te obrazy i to wszystko czułem. Zagryzłem więc wargę. – Jak sobie radzisz? – zmiana tematu była w tym momencie najlepszym rozwiązaniem, bo zaczynałem mówić zbyt dużo. – Przebywanie tutaj na pewno jest dla ciebie trudne… - spojrzałem na nią. Byłem niemal pewien, że rany po utracie brata po raz kolejny się otworzyły. W końcu to Alec go zabił i nie ukrywał tego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pon Lis 12, 2018 10:54 pm



Byłam... zaskoczona to mało powiedziane. Nie sądziłam, że Aaron - będąc w takim stanie - będzie chciał przebywać w cudzym towarzystwie dłużej niż to absolutnie konieczne ze względów grzecznościowych, a byłam pewna, że ta granica dawno już została za nami. Co więcej, zdecydowanie nie spodziewałam się, że odpowie pozytywnie na interakcje, otwierając się minimalnie bardziej niż zwykle. Byłam w szoku. Nie wierzyłam, że tak to się potoczy, choć po cichu na to liczyłam. Teraz bałam się nawet odezwać, by mu nie przerwać. Opadłam nieco w tył, opierając się pośladkami o poręcz tarasu i słuchałam. Obserwowałam. Był mróz, ale ja nie czułam zimna.

Przez moją głowę przemykały liczne myśli. Z tych bardziej przyziemnych coś na temat obecności siostry lub sióstr Keiry. A z tych wywleczonych z głębszych zakamarków... Westchnęłam głęboko, gdy to mnie zadano pytanie. Tym razem poczułam zimno, ale nie na skórze, tylko gdzieś w środku.
- Lekko nie jest, a tego przyjęcia z pewnością nie zaliczę do najlepszych dni mojego życia i to z wielu powodów - powiedziałam cicho i wzruszyłam ramionami. - Ale jakoś daję radę. Mam przyjaciół, z którymi mogę pogadać, jeśli tego potrzebuję. Pomaga, nawet jeśli nie robię tego zbyt często.
Uśmiechnęłam się lekko na tę myśl. Kawałek lodu w piersi powoli topniał.
Pozwoliłam ciszy na chwilę zadomowić się między nami, po czym znów podjęłam rozmowę.
- Co do tych wspomnień i gestów - zaczęłam ostrożnie. - Nie mogę powiedzieć, że moje dzieciństwo było jakoś bardzo bogate w tak skrajne emocje, ale rozumiem o czym mówisz. Teraz tak mam.
Zdenerwowana, pocierałam kciukiem powierzchnię zimnego szkła, a choć wiedziałam, że odrobina alkoholu z pewnością by mi w tej chwili pomogła, nie piłam.
- Są miejsca, rytuały, które budzą te uśpione myśli. Ich powrót nigdy nie jest przyjemny.
Tym razem to ja przygryzłam wargę.
- Chodzi o twoją matkę, prawda? - zapytałam, podnosząc wzrok, a że wiedziałam, że stąpam w tym momencie po bardzo kruchym lodzie, natychmiast pospieszyłam z wyjaśnieniem, chcąc uniknąć wybuchu złości.
- Przepraszam. Rozumiem, że możesz nie chcieć tego roztrząsać i jeśli tak, to w porządku. Po prostu... - lekko przekrzywiłam głowę, na chwilkę uciekając wzrokiem. - Nie znam szczegółów, ale wiem, że zmarła, kiedy byłeś dzieckiem.
Mówiąc "zmarła" starałam się być taktowna, bo oboje wiedzieliśmy, że nikt z nas nie umiera tak po prostu.
- Wyobrażam sobie, że nie było to łatwe dla kogoś tak młodego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 64
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Wto Lis 13, 2018 9:31 pm


    - Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedynym, który tak sądzi – pokusiłem się o odrobinę humoru w tej paskudnej sytuacji. Świadomość, że nie było się samym w negatywnych odczuciach dotyczących przyjęciu, w jakiś sposób dodawała mi otuchy. To mogło wydawać się egoistyczne, ale ulżyło mi, kiedy okazało się, że nie byłem jedynym, który nie chciał tutaj przebywać. I ja, i Nymeria robiliśmy to głównie z obowiązku i z oczekiwań, jakie względem nas miały nasze rodziny.
     Jej słów odnośnie przyjaciół, którym można się wygadać, nie skomentowałem. Oboje wiedzieliśmy, że nie należałem do osób, które cieszyły się szczególną przyjacielską popularnością. Nie miałem bliższych więzi z nikim, kto uczęszczał do akademii, w zasadzie tylko jedną osobę byłem w stanie nazwać przyjacielem i teraz jeszcze mogłem domyślać się, że również Nymerią się kimś takim stała. Czy byłem z tego powodu zadowolony? Ciężko mi było powiedzieć…
     Zapanowała pomiędzy nami cisza z rodzaju tych, które nie krępowały. Były przyjemne i w minimalnym stopniu rozluźniały ciężką bądź bardzo smutną atmosferę. I chociaż została ona przerwana tematem, przez który zawsze jeszcze bardziej doskwierała mi samotność, nie zdenerwowałem się. Tę moją wybuchowość w tej chwili przyćmiewał smutek i tęsknota. Poczułem ukłucie w sercu na samą myśl o kobiecie. Słowo „matka” zawsze na pierwszy rzut przyciągało wspomnienie o jej śmierci.
     - Tak… - odpowiedziałem ciszej i ponownie zamilkłem. Nie zachowałem się niewłaściwie, ale mimo tego, Nymeria się zaczęła tłumaczyć, czego tak naprawdę od niej nie oczekiwałem. - Zmarła… - prychnąłem tylko z pogardą i wściekłością, nieświadomie zaciskając palce na kieliszku do tego stopnia, że ten pękł. Strzepałem z dłoni resztki alkoholu, które po niej spłynęły i dopiero wtedy spojrzałem na kobietę. – Ona nie zmarła. Nasza matka została zamordowana na naszych oczach – nie byłem pewien, dlaczego to powiedziałem i szybko tego pożałowałem. Chociaż to nie było zabronione, ani ja, ani Alec nie poruszaliśmy przy ludziach tego tematu. Wiedzieliśmy, że to wiązało się z dalszymi pytaniami. A kto ją zabił? A dlaczego? Jak mógł to zrobić? Nie mieliśmy pojęcia, jak mielibyśmy na nie odpowiadać.  – Nieważne, zapomnij – ponownie spojrzałem przed siebie, bawiąc się kostką lodu, a pomiędzy naszą dwójką zaległa cisza. Przerwałem ją zaraz po tym, jak przestałem się bawić. Wpatrywałem się w nią, szukając odpowiednich słów. Rozmowa o morderstwie Ariadne przypomniała mi, że Alec zabił brata Nymerii na polecenie Vincenta. Doskonale wiedziałem, jakie to uczucie stracić członka rodziny tak naprawdę bez powodu. – Przepraszam Nym – spojrzałem na kobietę. – Przepraszam za to, że moja rodzina zabiła twojego brata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Wto Lis 13, 2018 10:58 pm



Próba ostudzenia emocji moimi tłumaczeniami zdecydowanie nie przyniosła efektu. Chociaż... to zależało jak na to spojrzeć, bo zachował spokój, kiedy udzielał krótkiej, prostej odpowiedzi na zadane pytanie, ale potem coś pękło i szybko zrozumiałam, że powodem był właśnie mój pseudo-taktowny dobór słów. Szkło w jego dłoni pękło i opadło na ziemię deszczem skrzących się odłamków, śpiewając i szumiąc cicho przy zetknięciu z posadzką. Chwilę potem zrozumiałam dlaczego tak się stało i musiałam przyznać, że i mnie ciśnienie znacząco się podniosło pod wpływem zasłyszanych newsów. Brzmiało to okropnie. Ile mogli mieć wtedy lat? Pięć? Sześć? W głowie przez chwilę miałam pustkę, ale ciarki i tak przeszły mi po plecach. Chciałam coś powiedzieć, mruknąć chociaż, że mi przykro, ale jego kolejne słowa skutecznie mnie uciszyły. Wiedziałam, że wystarczająco nadwyrężyłam jego dobrą wolę... ale ciężko było od tak przestać o tym myśleć. Zastanawiało mnie, czy to, że widzieli śmierć matki, było przypadkiem, czy zamierzonym działaniem, a choć jedno bez wątpienia było gorsze od drugiego, to obie wersje po prostu mnie przerażały. Jak można było narażać - albo wręcz zmuszać - dzieci do doświadczenia czegoś takiego?
Nagle odniosłam wrażenie, że jakoś bardziej rozumiem dlaczego oboje stali się tym, kim są dziś i poczułam nutkę współczucia. Nawet do Aleca, choć akurat przed tym bardzo się broniłam...
A potem stało się coś jeszcze.

Mimo zamyślenia nie umknęło mi nic z tego, co wyszło z jego ust. Dotarło, od razu i w trybie natychmiastowym spadła na mnie lawina uczuć. Chciałabym móc po prostu stwierdzić, że jego słowa mnie zaszokowały, ale mam wrażenie, że to byłoby ogromne niedopowiedzenie, bo na ułamek sekundy moje myśli faktycznie zamarły, podczas gdy jednocześnie ciało zareagowało zupełnie samoistnie. Ostatnie echo jego słów zgrało się idealnie z moim głębokim wdechem, w którym już dało się słyszeć łzy cisnące się do oczu. Zaraz potem dwie pierwsze krople splamiły czerwony jedwab mojej sukni, a ja nie miałam nawet czasu, żeby je powstrzymać, bo wszystko zwyczajnie działo się zbyt szybko. Sam płacz też był ekspresowy, skończył się zaraz po tym, jak się zaczął, zostawiając mnie drżącą i skołowaną, z przyspieszonym oddechem i sercem walącym w piersi. Przytknęłam dłoń do czoła, póbując się pozbierać, jednocześnie starając się zrozumieć, co tak właściwie teraz czułam. Bo cokolwiek to było, sponiewierało mnie w niewyobrażalnym wręcz stopniu... I wtedy kolejny impuls neuronowy przyniósł zrozumienie.
To była ulga.
Prychnęłam cichutko, mruknęłam nieskładnie. A może jęknęłam? Sama nie wiem. Podniosłam głowę, jednocześnie odwracajac wzrok i zamrugłam szybko, by odegnać resztki tych dziwnych, totalnie nieproszonych łez. Dałam sobie jeszcze ułamek sekundy na odnalezienie głosu.
- Dziękuję - szepnęłam. Westchnęłam drżąco, po czym przeniosłam na niego spojrzenie i patrzyłam przez chwilkę czując, że powoli przekraczam tą granicę, w której jestem w stanie trzymać się w kupie. Spróbowałam stłamsić to uczucie.
- Umm... popisałam się, nie ma co - prychnęłam przez łzy, ponownie spuszczając wzrok. Przepełniało mnie wzruszenie i to przemożne poczucie ulgi, kiedy ulotnił się cieżar, z istnienia którego nawet nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zniknął. Powoli, bardzo powoli, ogarniał mnie spokój.
- Dziękuję - powtórzyłam. Zmarszczyłam brwi. - Nawet nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
Przygryzając wargę podniosłam wzrok i odnalazłam jego spojrzenie.

To wszystko było takie dziwne, tak abstrakcyjne, po tym, co się stało. Nigdy bym nie przypuszczała, że dojdzie do podobnej sytuacji, ale doszło i teraz, TUTAJ, ze wszystkich miejsc na ziemi, po raz pierwszy od dawna... znów poczułam się szczęśliwa. Tak szczerze.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Wto Lis 13, 2018 11:18 pm



Spodziewałem się usłyszeć odpowiedź przeczącą na temat moich podejrzeń, ale i tak mi się to nie spodobało. Bez tego nie miałem żadnego punktu zaczepienia.
Na propozycję Ashley zareagowałem sceptycznym pomrukiem.
- Nie zaszkodzi sprawdzić, ale wątpię, żeby coś takiego złapało się na kamerze. Nikt poza tobą mnie w tym czasie nie dotykał, czyli moc działa na odległość, więc szanse, żeby wyśledzić coś takiego są raczej nikłe. Oczywiście zakładając, że w ogóle dostaniemy się do pokoju ochrony.
Powoli i bardzo uważnie rozejrzałem się dookoła, sprawdzając, czy złapię z kimkolwiek jakiś sugestywny kontakt wzrokowy, ale nic takiego się nie stało.
- Nie ukrywam jednak, że ulotnienie się stąd tak czy siak jest dobrym pomysłem - dodałem potem. Na moment odsunąłem sprawę na bok, by przywołać cień szczerego uśmiechu. Poprawiłem i zapiąłem marynarkę.
- Nie koniecznie w stronę ochrony. Co powiesz na małe zwiedzanie?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Almarien
Admin
avatar

Liczba postów : 122
Join date : 25/01/2017
Age : 28

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Sro Lis 14, 2018 9:07 pm



Wibracje telefonu poczułam jeszcze w trakcie tańca, nie przerwałam jednak, choć przynaję, że ciężko było mi się potem skupić na właściwej sekwencji kroków. Na szczęście nie trwało to jakoś bardzo długo.
 - Zróbmy sobie chwilkę przerwy, dobrze? - rzuciłam do Leo, schodząc z parkietu, a potem przystanęłam pod ścianą i sięgnęłam do kieszeni sukni. Ucieszyłam się na widok wiadomości od Shane'a, nawet jeśli jej treść wprawiła mnie w lekkie zdumienie.

Jednak żyjesz... Zaczynałem się martwić skoro tyle czasu się nie odzywałaś.

Poczułam uścisk w żołądku. Czy... czy on chciał, żebym napisała? Przygryzłam wargę. Nie ekscytuj się, Junko. Najpierw sprawdź, o co chodzi.

Oczywiście, że żyję. Nie sądziłam, że miałam się odezwać.

Odpowiedź przyszła niemal od razu.

Nie odpisałaś mi na ostatniego SMS-a...

Przypominając sobie treść owej wiadomości, zrozumiałam natychmiast, o co chodzi. Dziwiło mnie jednak, że porusza ten temat, skoro od tamtego czasu minęło już kilka dni. Napisałam "Odpowiedź wydawała się oczywista, nie sądziłam, że muszę. A jeśli nadal masz wątpliwości - nie, nie powiem nic Ayi, jeśli tego sobie życzysz. Mogę mieć obiekcje, ale to sprawa między wami." a zaraz po wysłaniu dopisałam jeszcze: No i - martwić się? To do ciebie niepodobne.
Potem podeszła do nas Julietta, więc przywołałam uśmiech na twarz i wsunęłam telefon między fałdy materiału.
- Całkiem przyjemnie, dziękuję - odparłam, po czym dodałam. - Piękna sukienka. Jeszcze chyba nie miałam okazji zobaczyć cię w takim wydaniu.
Stwierdzenie było prawdziwe, ale co najmniej dziwne, bo wydawało mi się, że kilkukrotnie widywałam Juliettę na rodzinnych przyjęciach organizowanych przez ojca. Choć gdyby się zastanowić, mogła to być kwestia wieku... Jakby nie było, z kuzynostwem mimo wszystko nie widywałam się często, a gdy się ostatni raz widziałyśmy była pewnie zbyt młoda na ubiór równie odważny, co ten dzisiejszy.

Nim ktokolwiek ponownie się odezwał poczułam i usłyszałam wibracje telefonu, sygnalizujące nadejście kolejnej wiadomości, a zaraz potem sygnał ten powtórzył się raz jeszcze.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 64
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Czw Lis 15, 2018 6:39 pm


   Chociaż niewiele powiedziałem czy zrobiłem, wydawało się, jakby to rzeczywiście pomogło Nymerii. Poczułem ulgę, kiedy mi podziękowała, ale jednocześnie nie wiedziałem, co powinienem teraz zrobić. Byłem skołowany, bo tak naprawdę nie miała za co dziękować… Nie zepchnąłem skały na Nicka, ale też nie zrobiłem niczego, co by mogło udaremnić ten atak. Byłem więc współwinny jego śmierci. Spuściłem więc wzrok, może trochę ze wstydu, dopóki kątem oka nie dostrzegłem zachowania dziewczyny.
     Łzy kobiet zawsze wprawiały mężczyzn w zakłopotanie, bądź po prostu przerażenie. Paraliżowały. Bliską osobę: matkę albo ukochaną wystarczyło przytulić i pozwolić, żeby się wypłakała, ale co należało robić ze znajomą? Nymeria była przyjaciółką, której rodzinę zabił mój brat. Przytulenie jej, kiedy było się źródłem jej bólu wydawało mi się po prostu nieodpowiednie. Miałem pustkę w głowie, dopóki nie przypomniałem sobie czegoś, co kiedyś gdzieś wyczytałem.
„Nie ten godzien pamięci, kto gnębił, kto zdzierał,
Nie ten, kto łzy wyciskał, lecz kto je ucierał… „
     Wprawdzie nie chodziło o dosłowną interpretację, ale tylko o tym pomyślałem.
     - Są łzy, którym należy pozwolić płynąć swobodnie – stanąłem przodem do dziewczyny, zauważając jej przygryzioną wargę i zaszklone oczy. Wyglądała teraz strasznie krucho i coś we mnie drgnęło. Przecierając jej łzy, nie przerywałem kontaktu wzrokowego.  Dlaczego miałem obawiać się, że przytulenie płaczącej kobiety było nieodpowiednie w tej sytuacji? Moje słowa coś w niej poruszyły. Zaufała mi na tyle, żeby pokazać przede mną swoje łzy. Było to smutne, nie mogłem temu zaprzeczyć, ale również zadziwiające. Znałem ją od kilku miesięcy, a pierwszy raz widziałem jej łzy. Nymeria chciała mojego wsparcia. Nie obwiniała mnie o nic i przyszła z zamiarem okazania mi swojego wsparcia, zauważając że nie było ze mną dobrze.
     Chociaż z niewielkim poślizgiem czasowym, objąłem ją ramionami i przyciągnąłem do siebie.


Ostatnio zmieniony przez Raika dnia Wto Gru 11, 2018 9:15 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Laurana

avatar

Liczba postów : 86
Join date : 28/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Pią Lis 16, 2018 10:47 pm


Aura otaczająca postać wampirzycy, dotychczas pełna łagodnego błękitu, momentalnie przybrała odcień ciemnego granatu, który przecinały amarantowe wstęgi będące mieszaniną czerwieni, głębokiego różu i fioletu. Zaledwie kilka nierozważnie wypowiedzianych przez moją osobę słów wzbudziło w przebywającej w pomieszczeniu młodej kobiecie takie uczucia jak podejrzliwość i nieufność… Jednocześnie byłem w stanie dostrzec również pewnego rodzaju ciekawość co zdradzała mi nie tylko otaczająca Xanthię aura lecz także widniejące na jej obliczu zaskoczenie w postaci delikatnie ściągniętych ust i niewypowiedzianego na głos pytania zawartego w ametystowych tęczówkach. Jeżeli wcześniej istniały we mnie jakiekolwiek wątpliwości tak teraz nie miałem ich w ogóle… Niezaprzeczalnie uznała moją osobą za pospolitego kelnera zaś ujawnione przed chwilą informacje doprowadziły do tego, że zamiast bezceremonialnie mnie odprawić nakazała pozostać mi w tym pokoju. Najbardziej prawdopodobną przyczyną leżącą u podstaw takiego postępowania mogła być próba uzyskania większej ilości poufnych danych na temat mojej rodziny, o czym świadczyć mogła sardoniczna uwaga odnośni braku zaangażowania z mojej strony w odbywające się na parterze przyjęcie.
- Sądzę, iż nie jestem w stanie odnaleźć swego miejsca w społeczeństwie, którego fundamenty zakorzenione są w hipokryzji. –  odpowiedziałem nie odwracając swojego wzroku od spojrzenia panny Pentagram. Po kilku sekundach pochyliłem jednak  nieznacznie głowę ukazując w ten sposób, iż postąpię zgodnie w wypowiedzianym przez wampirzycę życzeniem.
- Zostanę… - potwierdziłem w chwil gdy niebieskowłosa wstała z wcześniej zajmowanego miejsca. Wcześniej nie było sposobności baczniej przyjrzeć się wampirzycy. Teraz miałem ku temu okazję… Włosy zachowane w tonacji błękitu i bieli upięte były w wysoki, dość swobodny kok pozwalając by kilka luźnych kosmyków subtelnie okalało twarz. Usta i oczy uwydatnione purpurą stanowiły niezwykły kontrast dla jasnej, porcelanowej cery. Również kreacja jaką miała na sobie odróżniała się na tle strojów innych kobiet, które przybyły na przyjęcie. W przeciwieństwie do znakomitej większości znajdujących się na urodzinach mego starszego brata przedstawicielek płci pięknej postawiła na zmysłową skromność przywdziewając długą, sięgającą ziemi, idealnie podkreślającą sylwetkę suknię w kolorze alabastru stanowiącym jeden z najczystszych odcieni bieli, który w zestawieniu z misternymi, koronkowymi haftami i oryginalnymi wzorami stanowił niesamowite wręcz dzieło sztuki. Niczym łaknące szkarłatu białe płótno… Obserwowałem jak kosztuje przyrządzonego przeze mnie drinka nie spodziewając się zbytniej aprobaty…
- Zapamiętam… - zapewniłem gdy poinformowała mnie o zbyt małej ilości obecnego rumu. Xanthia odstawiła szklankę z powrotem na dębowy stolik po czym ponownie się do mnie zwróciła pytając czy znam Masque Szymanowskiego… Jak mógłbym nie znać tej kompozycji… Trzy postaci: Szeherezada, Tantris i Don Juan, a raczej trzy maski, które postaci te przybrały w konfrontacji z otoczeniem i próbowały przedstawić wieloznaczność zasugerowanego dzieła. Podświadomość podpowiadała mi, iż wybór Xanthi daleki był od zwykłego przypadku… Sugerując nazwę utworu uświadomiła mi, że ma znajomość posiadanej przeze mnie „maski” ale czy na pewno? Zwykły kelner nie ośmieliłby się skorzystać ze sprzętu swego pracodawcy… Kelner służący w rezydencji Marou nigdy gdyż doskonale by wiedział z jakimi wiązało się to konsekwencjami, których gwałtowna śmierć stanowiła najłagodniejszy wymiar kary.
- Znam… - – odpowiedziałem… Uniosłem prawą dłoń sięgając ku guzikom marynarki… Odpiąłem je po czym ściągnąłem z siebie marynarkę i ostrożnie odłożyłem ją na oparcie fotela uważając by nie pogniotła się pod wpływem tej czynności. Nie chciałem by cokolwiek krępowało mnie w czasie wykonywania utworu.  Zbliżyłem się do fortepianu… Przesunąłem delikatnie palce po klawiszach instrumentu nie wywołując jednak żadnego dźwięku…
- Fortepian należy do młodszego z synów Vincenta… Do Alec’a Marou… Tylko On… - w tym momencie przerwałem na chwilę oraz podniosłem wzrok i ponownie  spojrzałem na Xanthię. – Jest jedyną osobą, która z niego korzysta… Po tych słowach usiadłem na drewnianym, obitym beżową skórą stołku i zacząłem grać utwór jaki sama wybrała skupiając uwagę na utworze Szeherezady, które wedle mej opinii najbardziej pasowała do mojej osoby. Zaprezentowałem wersję krótszą od oryginału jednak na tyle długą by udowodnić Xanthii posiadane przeze mnie umiejętności.
- Pozwól zatem, iż teraz ja zadam Ci jedno pytanie.. Ravel - Introduction and Allegro? – rzekłem rozpoczynając kompozycję na fortepianie oczekując, iż Xanthia zechce dołączyć..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Momoko
Admin
avatar

Liczba postów : 56
Join date : 28/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Sob Gru 01, 2018 2:02 am


         Na me pytanie szatyn odpowiedział twierdząco i po ściągnięciu marynarki – ruszył w stronę wcześniej wspomnianego przeze mnie instrumentu. Zanim jednak rozpoczął grę, uraczył mnie kolejną informacją, lecz dopiero gdy podniósł wzrok znad klawiszy usłyszałam coś, co nie pozostawiało już żadnych wątpliwości. W moich oczach pojawił się błysk a kąciki ust uniosły się o kilka milimetrów. Mężczyzna, którego w pośpiechu wzięłam za kelnera w istocie okazał się być bratem gwiazdy dzisiejszego wieczoru. Kiedy przyniósł mi drinka i zaczął rzucać te dość osobiste uwagi domyśliłam się, że wie zbyt dużo jak na służbę, ale odkrycie prawdy wciąż było lekkim zaskoczeniem. Nie miałam pojęcia, że Aaron Marou ma brata i to w dodatku w podobnym wieku. Gdybym przed przylotem chociaż raz zerknęła okiem na ich drzewo genealogiczne, nie doszłoby do podobnego nieporozumienia, ale cóż, chyba uznałam, że wiedza na czyje przyjęcie idę w zupełności mi wystarczy.
         Kiedy mężczyzna, którego imię wreszcie poznałam, wydobył z instrumentu pierwsze dźwięki, lekko przymknęłam oczy, opierając łokieć o trzymaną pod biustem dłoń. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego w ogóle posłuchał mego żądania i przyniósł mi alkohol, automatycznie dostosowując się do roli, którą w niewiedzy i roztargnieniu mu przypisałam. Czy naprawdę – tak jak to wcześniej ujął – nie mógł się odnaleźć w przesiąkniętej hipokryzją gromadzie gości i wolał się oddalić, kiedy tylko zwęszył okazję? A może stało za tym coś innego? Szczerze chciałam poznać odpowiedź na tą, nurtującą mnie w tej chwili  kwestię, lecz gdy występ szatyna dobiegł końca, ten od razu zaproponował mi wspólną grę. Utwór, który zasugerował był zdecydowanie jednym z ładniejszych, jakie kiedyś miałam okazję zagrać, więc nie widziałam ku temu przeciwwskazań.
         — Dobrze więc. — rzekłam krótko, zanim odwróciłam się na pięcie i podeszłam do wcześniej wykorzystanego przeze mnie instrumentu, ponownie przed nim zasiadając i – gdy tylko szatyn odegrał początek – z harfy po raz kolejny popłynęła słodka melodia, w niedługim czasie mieszając się z dźwiękami fortepianu.
         Spokój, który ogarnął mnie podczas gry szybko został zastąpiony przez dziwne, trudne do wyjaśnienia uczucie, jak gdyby ktoś położył mi zmarzniętą dłoń na karku. Poczułam się obserwowana. A gdy powiodłam wzrokiem ku otwartym drzwiom, w istocie, tuż w progu stała piękna, przyodziana w złoto-białą kreację kobieta, której lodowate, nieprzyjazne spojrzenie zetknęło się z moim, zanim zniknęła z pola widoku równie szybko, co się pojawiła. Nie miałam pojęcia kim była, ale czułam całą sobą jak wielką żywi do mnie niechęć…
         Grając, lecz wciąż intensywnie wpatrując się w korytarz, po chwili zauważyłam wślizgującą się do pokoju sylwetkę. Ale nie była nią tajemnicza kobieta, a kelner, który niósł w dłoni tacę z kieliszkami… jednak… coś było nie tak. Z szeroko rozwartymi oczami obserwowałam jak jego sylwetka rozciąga się w poziomie i pionie, czyniąc go barczystym i wyższym o kilka centymetrów, smoking zamienił się w skórzany, niemalże długi do ziemi płaszcz, a twarz rozciągnęła się w paskudnym uśmiechu.
         Roztrzęsiona rozejrzałam się po wnętrzu, które teraz w niczym nie przypominało eleganckiego pokoju w rezydencji Marou, a ciemną, wyłożoną kamieniem komnatę, oświetloną jedynie przez wpadające do środka światło z zewnątrz. Nie było już ani tajemniczej kobiety, ani kelnera, nie widziałam już Aleca czy instrumentów, z których jeszcze przed paroma sekundami rozbrzmiewały dźwięki. Była tylko głucha cisza, która piszczała mi w uszach i ogromna gula w gardle, przez którą nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Mężczyzna z kolei począł się zbliżać, a w jego ręku zalśniła strzykawka, wypełniona po brzegi dobrze mi znanym, srebrnym płynem. Poczułam rozlewający się po wnętrzu strach, tak silny, że całe moje ciało jak na komendę spróbowało poderwać się do biegu, ale… ku mojemu przerażeniu, które wydobyło spomiędzy moich ust płaczliwy jęk, odkryłam, że jestem przywiązana do krzesła, a wszelakie ruchy są uniemożliwione przez krępujące mnie więzy, a moc… moja moc, którą bez trudu bym się ich pozbyła… nie działała. NIE DZIAŁAŁA. Poczułam jak w moich oczach zaczynają się zbierać łzy, a ręce trząść z postępującego szoku.
          — Przysięgam na wszystko, co znam… nie zbliżaj się z tym do mnie, bo zarżnę Cię jak zwierzę. — wycedziłam przez zaciśnięte zęby, jednocześnie bez skutku siłując się z okowami.
         Mężczyzna jednak nic nie zrobił sobie z moich słów, zupełnie nic… krok za krokiem był coraz bliżej i bliżej, po moich policzkach spłynęły łzy a wraz z nimi pierwsze krople krwi, które poczęły wypływać z ran, tworzących się od pocierania nadgarstków o ciasne pęta. I kiedy oprawca stanął tuż nade mną, a ja myślałam, że następną rzeczą, jaką poczuję, będzie ostry metal, przebijający się przez skórę – moje szpony wysunęły się same, a ja w ostatniej wręcz chwili zdążyłam go ubiec, poderwując się z krzesła i szponami jednej dłoni wbijając mu się w czaszkę, a drugimi rozcinając mu gardło.
         — Plugawe ścierwo… zdychaj, zdychaj, ZDYCHAJ! — wykrzyczałam, zaciskając dłoń i słysząc gruchot miażdżących się narządów. Następnym dźwiękiem było tłukące się szkło, ale gdy popatrzyłam w dół nie widziałam już posadzki z ciemnego kamienia… widziałam lśniące czystością panele, porozbijane kieliszki i tacę… a gdy spojrzałam do góry… moim oczom ukazał się martwy kelner, którego ciało trzymało się w pionie jedynie dzięki szponom, którymi przebiłam mu na wylot czaszkę. Przód mej sukienki skąpał się w czerwieni, a na policzkach poczułam ciepło łez, zmieszanych ze skapującą z nich krwią. Moja dłoń osunęła się w dół, a wraz z nią ciało kelnera, którego upadek odbił się echem po całym pomieszczeniu. Dopiero teraz, ze zwłokami u stóp zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam. I GDZIE to zrobiłam. Z drżącym oddechem odwróciłam głowę w kierunku fortepianu, zatrzymując spojrzenie na synu Vincenta, który, jak myślałam, dalej tam był, tak jak cała reszta otoczenia. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie choćby dźwięku. Byłam przerażona.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Laurana

avatar

Liczba postów : 86
Join date : 28/01/2017

PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   Wto Gru 11, 2018 10:39 pm


Nie odrywając ani na krótką sekundę swych palców od klawiszy fortepianu płynnie przeszedłem do kolejnej kompozycji zadając przebywającej w pomieszczeniu wampirzycy pytanie, które tak naprawdę pytaniem nie było. Z niewiadomej mojej osobie przyczyny pojawiło we mnie przeświadczenie o tym, iż niebieskowłosa dostrzeże zakamuflowaną w mej wypowiedzi propozycję odnośnie wspólnego kontynuowania utworu. Czy wpływ na podjętą przez młodą kobietę decyzję miała informacja o tym kim naprawdę jestem? A może zadecydował o tym poziom posiadanych przeze mnie umiejętności? Istniała również możliwość, iż po prostu osobiście chciała utwierdzić się w przekonaniu czy będziemy w stanie odpowiednio zharmonizować się w czasie wspólnego wykonywania kompozycji… Odpowiedź na ostatnie pytanie otrzymałem w czasie znacznie krótszym niż pierwotnie zakładałem. Dźwięki, które powstawały w momencie gdy czystokrwista przesuwała opuszki palców po strunach harfy idealnie wpasowywały się w brzmienia fortepianu. Akustyczne połączenie tych dwóch instrumentów niemalże całkowicie odmieniło inicjalny wydźwięk dzieła wzbogacając je w specyficzną głębię, która w stanie była skłonić każdego postronnego słuchacza do refleksji. W pewnej chwili przestały docierać do mnie dźwięki wydawane przez harfę. Podniosłem głowę znad fortepianu aby zapytać Xanthię dlaczego zdecydowała się na przerwanie wykonywania utworu tuż przed jego końcem lecz powstrzymałem się spostrzegając otaczającą ją aurę. Szarej barwy chmura opadała na niemalże całą sylwetkę panny Pentagram symbolizując strach i przerażenie. Wzrok niebieskowłosej zawieszony był w znajdującej się przed nią przestrzeni, a cała uwaga młodej wampirzycy zaabsorbowana została przez kelnera, który niespodziewanie pojawił się w pomieszczeniu. Moment, w którym również przestałem grać nie został przez nią zauważony i zaryzykowałbym stwierdzeniem, iż w podobny sposób zignorowane zostały by jakiekolwiek wypowiedziane przeze mnie słowa. Z jej ametystowych tęczówek zniknął błysk jaki wcześniej byłem w stanie dostrzec… Zniknął również cień uśmiechu jaki jawił się na jej obliczy w chwilach kiedy wspólnie wykonywaliśmy utwór. Następnych zdarzeń jakie miejsce miały w pokoju muzycznym nikt nie byłby w stanie przewidzieć. Nagle… Bez wcześniejszego uprzedzenia wampirzyca poderwała się z uprzednio zajmowanego miejsca… Jej dłonie wydłużyły się raptownie przekształcając w czarnej barwy szpony, które bez żadnego problemu przebiły skórę młodego mężczyzny głęboko zatapiając się w jego wnętrzu. Trysnęła krew… Całe morze krwi… W milczeniu obserwowałem jej poruszające się usta, z których jednak nie wydobywał się żaden dźwięk, aż do momentu w którym to dane było usłyszeć mi ostatnie słowo… A raczej głośny, gardłowy krzyk: „Zdychaj”… Ta jedna fraza odbiła się echem po całym wnętrzu. Chwilę potem dotarł do mnie odgłos miażdżonych organów oraz rozbijających się o posadzkę kryształowych kieliszków, które mężczyzna trzymał na srebrnej tacy. Pozbawione życia ciało jednego z wielu pracujących w rezydencji lokajów w pionie utrzymywane było przez wbite w niego szpony. Wypływająca z zadanych przez Xanthię obrażeń krew znaczyła szkarłatnymi plamami wytworną suknię jaką na sobie miała pobudzając w ten sposób me najbardziej prymitywne instynkty. Wiedziałem, że powinienem wzrok swój odwrócić, opanować napływające do mej głowy myśli by zdusić w zalążku ogarniające moje ciało żądze i pragnienia lecz w tym momencie nie potrafiłem tego uczynić. Zamiast tego wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w wsiąkające w kreację wampirzycy krople krwi jednocześnie śledząc drogę jaką przebywały pod wpływem grawitacji. Z odrętwienia wyrwał mnie dźwięk opadających na posadzkę zwłok, a gdy podniosłem głowę napotkałem wpatrujące się we mnie ametystowe tęczówki czystokrwistej. Wciąż uniesione nad klawiszami dłonie zacisnąłem w pieści próbując w ten sposób ukryć ich drżenie, głęboki zaczerpnąłem oddech po czym wstałem z miejsca i zbliżyłem się do stojącej pośrodku pomieszczenia postaci. Xanthię wciąż otaczała aura symbolizująca skrajne przerażenie i strach. Dopiero teraz wzrok swój przeniosłem na leżące na posadzce zwłoki młodego mężczyzny. Dobrze go znałem… Służył rodzinie już wiele lat i nie była to pierwsza tego typu impreza, w której brał udział. Nigdy wcześniej żadnych odnośnie jego pracy czy też zaangażowania nie miałem zastrzeżeń aczkolwiek podejrzewałem powód z jakiego znalazł się on w tym pokoju.
- Najprawdopodobniej został wysłany tu przez mego Ojca bądź starszego brata… Obydwaj szczególny przywiązują sentyment do tego miejsca traktując niemalże każdą obcą tu osobę jako persona non grata. – mówiąc zwróciłem swe spojrzenie ku wampirzycy jednocześnie zatrzaskując za pomocą telekinezy znajdujące się za moimi plecami drzwi prowadzące do tego pomieszczenia. Zbliżyłem się powoli w kierunku panny Pentagram wyciągając z kieszeni spodni jedwabną chustkę, na której wyszyte zostały ozdobnym haftem moje inicjały po czym podałem ją niebieskowłosej by mogła chociaż w niewielkim stopniu oczyścić dłonie i twarz z krwistej powłoki. Obserwując jej oblicze, gesty oraz otaczającą postać wampirzycy aurę zyskiwałem coraz więcej pewności, iż postępowanie Xanthi nie posiadało w sobie znamion premedytacji. Nawet Aaron, który stanowił dla mnie przykład infantylnego podejścia do uczuć pozwalając na to by kierowały jego czynami i zachowaniem w każdej nadarzającej się możliwości nie podjąłby podobnych kroków w czasie oficjalnego przyjęcia. Nie bez ważnej ku temu przyczynie. Dopuszczałem w ten sposób możliwość, iż jej postępowanie podyktowane zostało przez coś na co sama nie posiadała wpływu ale skoro szczegółowa analiza następujących po sobie zdarzeń nie pozwoliła mi odkryć przyczyny jaka stać mogła za bieżącym zdarzeniem zdecydowałem się zadać wampirzycy bezpośrednie pytanie…
- Dlaczego? – zapytałem zbliżając głos swój do szeptu. – Żadnego nie potrafię odnaleźć racjonalnego usprawiedliwienia dla przedstawionego przez Twą osobę zachowania… Chociażby jeden podaj mi sensowny powód dla którego nie powinienem uznać Twojej osoby za wroga mego rodu.  - rzekłem tonem pozbawionym jakiegokolwiek wrażenia.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Styczeń, Posiadłość Marou   

Powrót do góry Go down
 
Styczeń, Posiadłość Marou
Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Część główna :: Wątki-
Skocz do: