IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 SYSTEM [akcja, +18]

Go down 
AutorWiadomość
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 1:51 pm





Pieniądze. Tak, to jest coś co każdy chciałby mieć w nadmiarze. A gdyby na świecie istniała organizacja, która stworzyła system zdolny je kraść i to bez konsekwencji? Wyobrażasz to sobie? Żadne banki nie mają z nim szans, wszystkie zabezpieczenia okazują się daremne. Nietrudno wywnioskować, że niejeden chciałby ten cudowny system zawłaszczyć. Dlatego też niedaleko tworzy się kolejna organizacja, która w niedługim czasie za pomocą marniejszej, ale nadal dość skutecznej podróbki systemu zgarnia tej pierwszej pieniądze sprzed nosa. Jednak jest to niewystarczające, bowiem nadal wiele prób się nie powodzi, z tego też względu pragną posiąść oryginał i zmieść 'konkurencję' z powierzchni globu.
A teraz przejdźmy do szczegółów historii.
Otóż akcja toczyć się będzie pomiędzy dwoma "obrońcami" z przeciwnych organizacji, albo dokładniej rzecz ujmując - mordercami, którzy mają eliminować zagrażające systemowi osoby.

1) Moka ➽ Isaias Jether - zabójca z organizacji z oryginalną wersją systemu. Znakomity snajper oraz informatyk, doskonale znający się na systemie. Jest jedną z trzech osób w organizacji, które potrafią się nim posługiwać. Dostaje zlecenie na 2).
2) Tweenty ➽ Einar Gibson - zabójca z organizacji z podróbką systemu, mający za zadanie odebrać pierwowzór. Ponadprzeciętny w walce wręcz, doskonały w zdobywaniu informacji. To on zazwyczaj pierwszy dowiaduje się gdzie znajdują się kody*, dzięki którym system po wprowadzeniu może działać bez zarzutu. Dostaje zlecenie na 1).

Oboje nie wiedząc o sobie nic, pierwszy raz spotykają się w klubie. Po przeżyciu upojnej nocy, nazajutrz wracają do swoich codziennych obowiązków. W organizacjach dostają kolejne zlecenie, które ku ich zdumieniu dotyczy osoby, z którą wczoraj wyjątkowo dobrze się bawili. Jednak jak każdy porządny zabójca, z każdym zleceniem musi sobie dać radę, dlatego też niezwłocznie oboje ruszają na łowy. Zaczynamy od momentu, w którym 1) po ustaleniu gdzie mieszka 2) rusza, by wykonać swoje zadanie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

*kody - są potrzebne, aby utrzymać prawidłowe działanie systemu w normie, są również formą 'aktualizacji', bez której system padłby po jakimś czasie. Zdobywa się je od tzw. "bankowców", którzy zajmują się włamywaniem do specjalnych sieci. Są w tym niezwykle zdolni, ale często nie chcą ich oddać po dobroci. Dodatkowo znalezienie takich jest sporym trudem, bo ostatnie o czym myślą to dzielenie się łupem. Szukanie kodów na własną rękę jest ogromnie kłopotliwe i zajmuje zazwyczaj więcej czasu niż znalezienie 'bankowca'.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 2:47 pm





Imię ▶ Isaias
Nazwisko ▶ Jether
Płeć ▶ Mężczyzna
Data urodzenia ▶ 10 czerwiec
Wiek ▶ 23 lata
Znak zodiaku ▶ Rak
Orientacja ▶ Biseksualna
Stan cywilny ▶ Wolny
Profesja ▶ Zabójca na zlecenie
Organizacja ▶ C.H.A.R.O.N
Kolor włosów ▶ Ciemnobrązowy
Kolor oczu ▶ Piwny
Wzrost ▶ 187 centymetrów
Waga ▶ 85 kilogramów
Sylwetka ▶ Dobrze zbudowana

➼ Wyraźnie słyszalny rosyjski akcent.
➼ Do organizacji przystąpił mając dwadzieścia lat.
➼ Ma wytatuowane obie ręce.
➼ Jest cholernym egoistą.







Imię » Einar
Nazwisko » Gibson
Wiek » 25 lat
Płeć » Męska
Orientacja » Biseksualna
Data urodzenia » 1 grudnia
Znak zodiaku » Strzelec
Organizacja » A.SS.A.SS


Kolor włosów » czarne
Kolor oczu » ciemnobrązowe
Kolor zębów » A1
Wzrost » 1,84m
Sylwetka » .///.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 2:56 pm


Godzina dziewiętnasta pięćdziesiąt cztery. Słońce chowające się za horyzontem przecinało poszarzały błękit nieba pomarańczowymi pasmami, ostrzegając przed nadchodzącym zmrokiem. Szczyt wieżowca umożliwiał mi baczne obserwowanie interesującego mnie terenu, jednocześnie pozwalając przy odrobinie czujności na pozostanie niezauważonym. Naciągając na głowę czarny kaptur po chwili ustawiłem się z bronią w gotowości i czekałem, aż mój cel zjawi się prosto na linii strzału. Dzisiejsze zlecenie było nieco inne od tych, które na ogół mi przydzielano. Tym razem sprawa dotyczyła mężczyzny, z którym wczoraj perfidnie dobrze się bawiłem, co śmieszne, nawet nie mając pojęcia, że pracuje dla organizacji z podróbką systemu. Pieprzyłem się z wrogiem, który musi zostać wyeliminowany zanim zechce położyć swoje łapska na oryginalnej wersji i moja w tym głowa, żeby tego nie schrzanić. Przeglądając jego tajne akta, aby lepiej zapoznać się z umiejętnościami mojej przyszłej ofiary doszedłem do wniosku, że w walce wręcz nie miałbym z nim szans. I chociaż w tym wypadku chętnie sprawiłbym, aby jego ostatnim widokiem była moja sylwetka, to nie zamierzałem zgrywać ryzykanta bez widocznej potrzeby.
Drgnąłem lekko gdy wreszcie przed oczyma mignęła mi jego postać. Silne, umięśnione barki robiły wrażenie nawet pod ubraniem. Zmrużyłem oczy w skupieniu, machinalnie napinając mięśnie rąk i przygotowując się do oddania strzału. Celownik na podczerwień wyznaczył idealny punkt i już za chwilę metalowa kula miała znaleźć swe miejsce głęboko w płacie czołowym mężczyzny, lecz...
— A co powiesz na to, żebym przestrzelił Ci serce, kochasiu? — rzuciłem w przestrzeń, zmieniając nieco ułożenie broni, palcem powoli obejmując spust, gdy nagle jak na złość podczerwień zaczęła szwankować, irytująco wręcz migając, co na moment wytrąciło mnie z równowagi. To z kolei wystarczyło aby kulka nie poleciała w dokładnie zaplanowane przeze mnie miejsce.
— Kurwa mać! — warknąłem wściekły. Że też zachciało mi się bawić w takie debilizmy, zamiast od razu wykonać robotę! Na domiar złego nie mogłem ponowić próby, ponieważ sylwetka mężczyzny zniknęła z zasięgu mego wzroku, prawdopodobnie lądując na podłodze na wskutek przyjęcia strzału. Byłem bardziej niż wpieniony. Nie miałem żadnej pewności, czy to posłało go na tamten świat, więc nie pozostało mi nic innego jak wtargnięcie do środka pomieszczenia i dokończenie tego, co zacząłem. Przekląłem raz jeszcze, będąc wkurzonym do głębi.
Wrzuciłem karabin z powrotem w głąb niepozornej, sportowej torby i zawróciłem, zjeżdżając na dół windą. Niecałe siedem minut później byłem już w środku budynku, w którym rezydował mój dzisiejszy cel. Szedłem niespiesznie, aby nie zwracać na siebie uwagi pojedynczych, przechadzających się person, zupełnie nieświadomych jak blisko nich jest morderca, gotów zabić bez choćby cienia litości. Stanąłem w końcu pod właściwymi drzwiami, jednocześnie wyciągając z kieszeni spodni kawałek drutu, aby otworzyć nim drzwi. Specem w odblokowaniu skrytek nie byłem, ale ze zwykłym zamkiem potrafiłem sobie poradzić bez większego trudu. Kiedy w środku przeskoczyło, ująłem delikatnie klamkę, jednocześnie wyciągając pistolet z wewnętrznej kieszeni kurtki. Powoli wszedłem do środka, niemal od razu zamykając za sobą drzwi. Rozejrzałem się po wnętrzu apartamentu, natychmiast zauważając, że faceta nie było w miejscu, gdzie posłałem mu kulkę. Cholera.



Odłożyłem na wpół zużytego papierosa na szklaną powierzchnię popielniczki, po czym odchyliwszy się nieznacznie na krześle, przyjrzałem się układowi moich kart… Zerknąłem na doświadczonego gracza, nie zdradzającego ni krzty informacji, zaś mi nie pozostało nic innego, jak wyłożyć karty na stół i zaryzykować stan mojego portfela…
- Sprawdzam- mruknąłem, odkrywając moje rozdanie na stół i ponownie biorąc do rąk papierosa. A jakże posępna mina wkradła się na lico ektomorfika, ujrzawszy karetę, zaledwie lepsza o jeden stopień niżeli jego czwórka. Nie zdołałem powstrzymać uśmiechu, lecz nie zamierzałem spędzać w barze ani minuty więcej, mimo że goście dopiero zaczęli się zbierać. Bez słowa zabrałem postawione przez niego pieniądze i żegnając się krótkimi słowami z głośnym, już lekko napitym towarzystwem, opuściłem lokal, wiedząc że moja przerwa się skończyła. Zerknąłem na ekran zegarka, kierując się do wyznaczonego magazynu.
I tak właśnie zakończył się mój spokój, moje szczęście i mój zamiar bycia chociaż pozornie miłym przez najbliższe kilka godzin. Normalny człowiek pewnie byłby zszokowany, dostając nagle kulką z nieba, a jakby się to jeszcze pobożnemu natrafiło to by i zaczął na miejscu Boga przepraszać… U mnie górowało kompletnie inne uczucie, które przez pewien czas dominowało nad rozprzestrzeniającym się cieple i idącym za nim bólu w okolicach lewego ramienia… Zacisnąłem zęby, człapiąc się do lodowatej ściany budynku i mając nadzieję, iż pozostałem poza polem widzenia. Skurwysyn! I chociaż jeszcze wczoraj byłoby mi szkoda palców umięśnionego bruneta, teraz ochoczo bym mu je połamał, jeden po drugim… Zdjąłem z siebie przedziurawioną, skórzaną kurtkę, by następnie przycisnąć dłoń w miejsce, gdzie szary podkoszulek przybierał o wiele ciemniejszą barwę.
- Zajebię…- syknąłem przez zęby, chcąc jak najszybciej zatrzymać krwawienie. Jakie to było uciążliwe, kiedy jedno ramię było niedyspozycyjne, a mój przeciwnik możliwe już się błąkał gdzieś pomiędzy regałami. Chociaż… Nie, niemożliwe, nawet jeśli zachciałoby mu się biegać. Nie zdążyłby. Nie mniej jednak ucieczka mogłaby okazać się zbyt ryzykowna, poza tym miałem wyraźną ochotę mu pokiereszować twarz…
Przymknąłem oczy, skupiając się zarówno na wszystkich odgłosach w magazynie, jak i częściowo oczyszczając umysł. Nie… Nie mogę się bawić, mam go zabić nawet jeśli szybko i bezboleśnie… Prawą dłonią dosięgłem pistoletu, zmierzając ku głównemu wyjściu. Nie miałem wpływu na przyśpieszony puls przez zadaną mi ranę, jednak zdenerwowanie wyraźnie spadło, umożliwiając kreowanie taktyki. Wszystko poszło jednak na marne, gdyż z czasem wykrycia jego postaci zadziałał u mnie impuls. Nieznacznie wychodząc poza granicę alejki, nacisnąłem spust parę razy, celując w jego nogi, by następnie z całą siłą kopnąć stertę pustych pudeł w jego stronę. Niemalże od razu skręciłem w inną alejkę, czując to nieznośne poczucie, że zamiast lewego ramienia ciągnę ze sobą kupę mięsa, niezdolną do wykonywania ataku…



Wytężyłem wszystkie zmysły, chcąc jak najszybciej zlokalizować położenie mężczyzny, który zapewne już czaił się za którymś z wielu regałów, gotów zemścić się za niedelikatne obchodzenie się z jego ciałkiem. Żałowałem, że zacząłem kombinować, zamiast od razu strzelić mu między oczy, kiedy miałem do tego znakomitą wręcz okazję. Byłem na siebie zły, cholernie zły. Gdyby nie mój durny pomysł przynajmniej teraz nie musiałbym się narażać. Będę pluł sobie w brodę aż do chwili, w której nie zobaczę go martwego. Tym razem nie zamierzałem spudłować.
Z niezwykłą ostrożnością posuwałem się naprzód, starając się zachować idealną ciszę. Ciszę, która umożliwiłaby mi wyłapanie dochodzących z wnętrza magazynu dźwięków. Ciekawiło mnie gdzie dostał kulkę. Klatka piersiowa? Brzuch? Miałbym sporą przewagę, gdyby metal zahaczył o jakiś istotny organ wewnętrzny. Facet próbowałby zejść z tego świata z klasą, ale prędzej czy później sam przekręciłby się na moich oczach. Wystarczyłoby tylko uniemożliwić mu wyjście z tej dziury, a reszta dokonałaby się sama. Z kolei nie znaczyło to, że nie pomógłbym trochę losowi. Przeciwnie. Z chęcią wpakowałbym w niego jeszcze jedną kulkę. Albo dwie. No już, kolego... zrób mi tę przyjemność i pokaż się w kałuży krwi.
Gdy nagle usłyszałem serię wystrzałów niedaleko siebie, rzuciłem się pędem za jeden z wysokich, metalowych regałów, chwiejących się od nadmiaru złożonego w pudła żelastwa. Jednak, kurwa, to nie pozwoliło mi ujść bez szwanku. Pocisk utkwił mi głęboko w lewym udzie, niemal natychmiast przypominając jakie to paskudne uczucie, kiedy dostaniesz. Prawie zdążyłem o tym zapomnieć. Trudno się dziwić, kiedy zazwyczaj robiłem za snajpera, nie mieszając się w bezpośrednią walkę. Zabawę w ciuciubabkę tego pokroju mogłem zdzierżyć kiedy z góry wiedziałem, że to ja wygram. Tutaj miałem pewne wątpliwości, dlatego wolałem, żeby ten mięśniak się do mnie nie zbliżał, zanim nie wymaltretuję go wystarczająco. Syknąłem z bólu, uderzając wściekle zaciśniętą pięścią w blaszaną półkę. Nie chcąc tracić czasu, przywołałem wzburzone myśli do porządku, skupiając się na kontynuowaniu powierzonej mi misji.
— Hej, masz ochotę na powtórkę z wczorajszej nocy? — spytałem Einara, dobrze wiedząc, że nawet pomimo niemałej odległości dobrze mnie słyszy. Uśmiechnąłem się złośliwie, starając się ignorować promieniujący od nogi ból, który stawał się coraz bardziej nieznośny. — Moglibyśmy wprowadzić drobne urozmaicenie, które mnie osobiście baaardzo odpowiada. — kontynuowałem, jednocześnie brnąc przez kolejne przejścia powstałe na wskutek takiego a nie innego rozmieszczenia rusztowań.
— Polizałbyś mój... pistolet — tutaj zrobiłem celową przerwę, aby podkreślić jak bardzo dwuznaczny miało to wydźwięk — Ja z satysfakcją bym wystrzelił — mruknąłem z wyraźną nutą erotyzmu — A później zdechłbyś z nadmiaru rozkoszy. Jak Ci się podoba? — dokończyłem, zaciskając ostentacyjnie dłonie przyodziane w skórzane rękawiczki bez palców na wyciągniętej przed siebie broni.





Oddaliłem się od niego o dokładnie dwie alejki, oddzielone od siebie tyloma pudłami i skrzyniami, że nie sposób było zauważyć kogoś na pierwszy rzut oka. Trzeba było jednak działać. Wadą tego cholernego pomieszczenia była jego akustyka, cokolwiek rozwalę, zdradzi to moje położenie… Miałem jednak wielką nadzieję, że trafiłem gnojka, jak nie w stopę to wyżej, może nawet w… Nie. Nie byłby w stanie teraz otworzyć japy, gdyby udało mi się wcelować w to jakże urocze miejsce…
Zainteresował mnie jednak, przez co mimowolnie uśmiechnąłem się na same wspomnienie. Cóż, gdybym wiedział, w jakiej sytuacji się znajdziemy nie byłbym wcześniej taki delikatny… Chociaż z tego co kojarzyłem, wcale tak się nie zachowywałem, wręcz przeciwnie.
Ujrzałem kątem oka elektrycznego paleciaka i korzystając z jego gadaniny, wyciągnąłem delikatnie sporą część folii z pobliskiego pudła.
- Brzmi fascynująco… Obawiam się jednak że masz ostatnio problemy z celnością. Znowu pobrudziłbyś to, co nie trzeba…- odparłem wystarczająco głośno, myśląc o swojej koszulce, nie żebym bardziej się o nią troszczył niż o same ramię… Ciekawe czy mój tatuaż na tym ucierpi. Ustawiłem dźwignię sterującą na drugiej pozycji, ewidentnie standaryzując na prostą jazdę. Nie włączając jeszcze niczego, zacząłem zastanawiać się jak to wystarczająco obwiązać…
- Może lepiej odpoczniesz, oddając się w moje ramiona… Albo jedno. Pomyśl, co moja dłoń mogłaby Ci zaoferować…- mruknąłem, starając się non stop obserwować otoczenie, dlatego obwiązanie urządzenia zajęło mi znacznie dłuższą chwilę. Wstrzymałem oddech, włączając przełącznik zasilania i puszczając maszynę, które wydało z siebie charakterystyczny, wręcz denerwujący dźwięk. Pojazd zaczął się posuwać do przodu, jednak nie bez komplikacji z powodu braku odpowiedniego… właściwie jakiegokolwiek sterowania. Nie oglądałem się na to zbyt długo, biegnąc w kompletnie inną stronę, mając nadzieję na chociażby chwilową dezorientację Isaiasa… Zacisnąłem pięść na uchwycie pistoletu, czując się jakbym grał w chowanego. Do diabła. Dlatego wolałem walkę wręcz, nie było potrzeby chowania się, jak jakiś szczur tylko jasna rywalizacja twarzą w twarz…
Próbowałem go zlokalizować, by chociaż ujrzeć w jakim jest stanie.





Korzystając z chwili, w której go zagadywałem postanowiłem zająć się swoją raną postrzałową, a przynajmniej na tyle aby krew nie wyciekała ze mnie jak z kranu. Zrzuciłem z siebie czarną kurtkę, sięgając dłońmi ku dołowi t-shirta w tym samym odcieniu, po czym szarpnąłem za cienki materiał, który z charakterystycznym zgrzytem w końcu pęknął, pozwalając mi na urwanie w miarę równego, podłużnego skrawka. Kawałek oddartej bluzki zawiązałem ciasno nad krwawiącym miejscem, tworząc tym samym prowizoryczną, lecz w miarę użyteczną opaskę uciskową. Dzięki niej chociaż nie będę pozostawiał tak obfitych, czerwonych śladów po podłodze jak to jeszcze było przed chwilą. Po częściowym zatamowaniu krwawienia powróciłem do tropienia tego parszywca.
— Narzekasz. — podsumowałem jego słowa. — Wszystko co pobrudzę staje się dziełem sztuki. Chociaż Ty... — przerwałem na moment. — Będziesz pierwszym wyjątkiem. — mruknąłem nieprzyjemnie, uparcie obserwując otoczenie. Kiedy mężczyzna poprawił się, mówiąc coś o jednym ramieniu zacząłem się zastanawiać czy nie była to sugestia do miejsca, w które wtargnęła kula. A więc nie oberwał zbyt poważnie. Szlag. Liczyłem na coś lepszego.
— Powinieneś pamiętać jak wymagający jestem. Samą ręką mnie nie zadowolisz, musiałbyś się znacznie bardziej wysilić. — prychnąłem, jednocześnie przywołując w myślach konkretne sceny. Chociaż z chęcią znowu pozwoliłbym mu na to, aby mnie dotknął, a nawet na znacznie, znacznie więcej, to jeszcze chętniej popatrzyłbym sobie jak ulatuje z niego życie. I to za moją sprawą.
Do moich uszu dobiegł dźwięk uruchamianego urządzenia, co sprawiło, że drgnąłem, początkowo czając się w bezruchu, by po chwili wychylić się zza rusztowania, dostrzegając puszczoną luzem maszynę do dźwigania ciężkich pudeł. Ruszyłem biegiem w kierunku skąd przyjechało to ustrojstwo, licząc na to, że dogonię tego pierdolonego śmieszka. Walka z wciąż ukrywającym się wrogiem była męcząca i zawsze tak samo cholernie się dłużyła. Zaczynałem żałować, że tych metalowych regałów było tak w chuj dużo. Omiotłem wzrokiem teren przed sobą i z zadowoleniem spostrzegłem przemieszczający się cień na jednej ze ścian. Teraz wystarczyło wcielić w życie pewien szalony pomysł, który zrodził się w mojej głowie zaledwie kilka minut temu. Jednak żeby się powiódł całą operację musiałem przeprowadzić bardzo szybko, zanim Einar zorientuje się, co zaraz się wydarzy, a to komplikowało sprawę. Niemniej jednak nawet pomimo takiego ryzyka postanowiłem spróbować. W razie powodzenia faceta miałem prawie z głowy, a to było dostatecznie dużą zachętą.
Mężczyzna bowiem stał teraz tuż na wprost najbardziej obciążonej, metalowej konstrukcji, która nawet pod wpływem zwykłego oparcia się – już niebezpiecznie kołysała się na boki. Jedynym, co powstrzymywało ją od runięcia na ziemię była jakaś żelazna, gruba podstawka, podłożona pod jedną z podpór. Gdyby była odpowiednio dopasowana o przewróceniu regału mógłbym zapomnieć, ale jak widać szczęście się dziś do mnie uśmiechnęło. Zakradłem się, zbliżając do mego celu na odpowiednią odległość i kilkoma kopniakami podeszwą ciężkiego buta odrzuciłem wadliwy wspornik, niemal natychmiast popychając całą siłą swoich mięśni fatalnie wykonaną konstrukcję. Ta zatrzęsła się, chwilę później nieubłaganie lecąc do tyłu i uderzając z przeszywającym trzaskiem w pobliską ścianę. Stojąc metr dalej doskonale widziałem jak ciężkie pudła spadają w dół, prosto na zorientowanego po czasie mężczyznę. Jedno z nich na moment przygniotło go do podłogi, co dało mi szansę na reakcję. Wyszedłem zza opadłej konstrukcji, cmokając triumfalnie pod nosem.
— Miałem Cię zabić z tego wieżowca na wprost. Cicho, nagle, niespodziewanie, ale zdałem sobie sprawę, że co to byłaby za przyjemność? — spytałem samego siebie, podchodząc coraz bliżej wciąż walczącego z przyszpilającym go do ziemi diabelstwem. — Żadna.
Zerknąłem w dół, zauważając pod stopami metalowy pręt, który aż prosił się o podniesienie i wykorzystanie w odpowiedni sposób. Niewiele się zastanawiając wziąłem go do ręki, wnet stając nad Einarem z cwaniackim uśmieszkiem. Prostym kopniakiem wytrąciłem mu broń, która poleciała kilka metrów dalej.
— Co innego w takiej sytuacji... kiedy mam pełny wachlarz możliwości. — wymruczałem, z całą siłą wbijając metal prosto w jego ranę.






Narzekałem? Niee… Ja tylko począłem się z nim drażnić, jasno zauważając że jest odporny na tego typu złośliwości. Nie mogłem bowiem jego „brudu” przyrównać do przykładnego kurzu, jednak nazywanie tego dziełem sztuki było drobną przesadą… Chociaż kto wie, może właśnie tak zaczynał sam Leonardo da Vinci… Byłem zdegustowany, zdając sobie sprawę, iż brunet nie znał prawdziwej siły i charyzmy mojej ręki, chociaż wracając do wcześniejszej nocy rzeczywiście akurat jej używałem najmniej… Szkoda, że nie będziemy mogli tego nadrobić. Nie preferowałem trupów…
Nagle zdałem sobie sprawę z mojego zbytniego zdekoncentrowania, lecz wtedy było już za późno. Nieznana mi liczba wyposażonych pudeł poczęła spadać w moją stronę, a ze mnie wyparowały wszelkie myśli. Większości z nich zdołałem uniknąć, jedno odepchnąłem zdrowym ramieniem, sprawiając że jego zawartość wysypała się tuż obok, jednak ostatnie pudło, lecące tuż za poprzednim spadło na mnie z taką siłą, że mimowolnie upadłem na twardą posadzkę. I kiedy przekląłem pod nosem, moim oczom ukazał się Isaias.
To wszystko zbyt szybko się działo. Lecące pudła. Unik. Ciągłe utrapienie. Jego wzrok. Pręt. Tym bardziej, że tuż po chwili znalazł się w mojej ranie, co wywołało taką falę oszałamiają bólu, iż wydałem z siebie przeraźliwy krzyk, niosący się po całym cholernym magazynie.
- Kurwa ty chuju pierdolony kurwa jego mać- zacisnąłem dłoń na chłodnej powierzchni metalu, chcąc to wyciągnąć. Jak najszybciej, byle to ustrojstwo wyciągnąć! Zęby szorowały o siebie, a we mnie pojawiła się wściekłość, która chociaż trochę ratowała mnie od zaprzestania walki. Ułożyłem stopy, wokół jego nogi, przyciskając nawierzchnią buta na jego zgięcie kolanowe, drugą stopą zaś uderzyłem przednią część golenia. Nie musiałem długo czekać, by Isaias stracił równowagę i począł spadać ku mnie. Ja w tym czasie doprawiłem swoje czyny, kopiąc go w brzuch, gdy był już wystarczająco blisko, wyjąłem z siebie metalowy pręt i gdyby tylko nie zrobił uniku już by był nadziany na niego niczym kurczak z rożna. Nie tracąc chwili, prawą ręką uderzyłem go narzędziem w biodro, mimo że z chęcią zrobiłbym to samo z twarzą, gdyby tylko cios gwarantował mi sukces. Skończyło się. Zabiję sukinsyna. Nie dałem mu chwili, by wstać i prawdopodobnie by nie zdążył nawet z całkowicie zdrową nogą. Usiadłem mu na brzuchu i choć z taką samą energią jak wczoraj, to z całkowicie innym celem… Rana napierdzielała mnie na tyle, że nie mogłem przestać o niej myśleć, moje ciało oblał pot, który przede wszystkim doskonale czułem na twarzy. Puls jeszcze bardziej przyspieszył, a ja wcale nie pomagałem swojemu stanu, wściekle skurwysyna przytrzymując, aż w końcu nie wytrzymałem. Zamachując się i ściskając dłoń w pięść tak, że skóra naprężyła się w gotowości do ataku, uderzyłem w jego lico, doprowadzając do zniekształcenia jego nosa. I przysięgam, że gdybym miał tylko drugą rękę dyspozycyjną, miałby już tylko do wyboru operację plastyczną. Tym razem musiałem się jednak ograniczyć do jednego ciosu, wiedząc że w ten sposób nie było wcale tak trudno mnie zepchnąć. Przycisnąłem więc nieopodal leżący pręt do jego szyi, chcąc doprowadzić do jego bezdechu.
- Jeszcze parę minut temu było mi cię szkoda, zjebańcu- mruknąłem i nie mogąc się powstrzymać, zabrałem słabszą dłoń z pręta do jego przyciśniętej ręki. Wygiąłem tego wszystkie palce, prócz kciuka do tej pory aż nie usłyszałem dźwięku łamiących się kości.





W chwili kiedy pręt znalazł swe miejsce głęboko w uszkodzonym ramieniu mężczyzny, ten wydobył z siebie przejmujący ryk, a za chwilę z jego ust wypłynął ciąg przekleństw skierowanych bezpośrednio do mnie.
— Oj shhh, shh. — uciszałem go, kładąc palec wolnej ręki na swoich wargach. — Trzymaj nerwy na wodzy. To dopiero początek. Kto to widział, żeby aż tak burzliwie reagować jak tak naprawdę jeszcze nic Ci nie zrobiłem? — wypowiedziałem półszeptem, jednocześnie powoli sięgając po broń, wetkniętą w tylną kieszeń spodni. Nie zdążyłem jednak nic zrobić, bo już sekundę później poczułem jak tracę stabilność przez tego nieokiełznanego kutasa i zaczynam się chwiać na nogach. Kolejno wymierzone kopniaki i uderzenia sprawiły, że upadłem na ziemię. Ucisk w okolicach brzucha przybrał na sile w chwili kiedy to Einar postanowił na mnie usiąść. Moje oczy otwarły się szeroko, kiedy to zrozumiałem, że role się odwróciły. Teraz to on był na wygranej pozycji, a ja musiałem walczyć o przetrwanie. Gwałtownie posłany mocny cios w szczękę na moment mnie zamroczył, lecz paskudne pieczenie obecne na całej lewej stronie twarzy nie pozwalało na odcięcie się od rzeczywistości.
Mężczyzna był piekielnie wkurzony, wyczuwałem to niemal każdym centymetrem swego ciała. Kiedy zaczął naciskać mi na gardło prętem, który jeszcze niedawno tkwił w jego ciele, wiedziałem, że żarty się skończyły. Mój oddech robił się coraz płytszy, dusiłem się, nie mogąc wziąć porządnego wdechu. Odpychałem pręt jak tylko mogłem, desperacko wręcz walcząc o każdy, choćby najmniejszy haust powietrza. Leżąc tuż pod nim miałem doskonały widok na jego twarz, wykrzywioną w ohydnym grymasie wściekłości, a w jego oczach dostrzegłem taką żądzę mordu, że gdybym nie miał tak ogromnej woli przetrwania, zapewne uwierzyłbym, że zginę tutaj, za kilka minut. Ale nie zamierzałem tak skończyć, nie zamierzałem go usatysfakcjonować. Udało mi się odsunąć metal na wystarczającą odległość, abym mógł złapać konkretniejszy oddech, a nawet zaśmiać się cicho z jego słów, które cholernie mnie wręcz rozbawiły. Jest zawodowym zabójcą i mu mnie szkoda? Czyżby wczorajsza noc wykupiła u niego jakieś ludzkie reakcje?
— Ty... ty... naprawdę myślisz... tylko swoim fiutem, co? — wychrypiałem z przerwami, co i rusz czując wciskany w szyję metal. Już za chwilę miałem pożałować swoich słów, kiedy to Einar złapał moją lewą dłoń, wyginając jej palce bezlitośnie do tyłu. Zawyłem z bólu, czując jak ten pojeb miażdży mi kości. Ten nagły czyn kompletnie zabrał mi oddech i przez chwilę wydawało mi się, że zaraz udławię się własnym językiem. Kiedy szok minął ustępując miejsca gniewowi, postanowiłem zupełnie poddać się temu uczuciu, bez względu na to, że wcześniej uważałem to za głupotę. Poczułem się w obowiązku uświadomić tego pokurwieńca, że posunął się zdecydowanie za daleko i miałem zamiar zrobić to za wszelką cenę. Lecz aktualnym priorytetem było rzecz jasna pozbyć się przylegającego do tchawicy pręta jak i uwolnić się spod cielska mężczyzny, dlatego też bez zastanowienia wbiłem się zębami w jego nadgarstek, zaciskając na nim szczęki, aż do chwili, w której nie poczułem na języku metalicznego posmaku krwi. To wystarczyło, aby Einar na moment zabrał rękę z metalu, a to z kolei umożliwiło mi przejęcie pręta i podwójne uderzenie go nim w głowę. Korzystając z chwili, w której był zbyt oszołomiony, aby jakkolwiek zareagować, wyślizgnąłem się z kleszczy, które zaserwowały mi jego nogi i podpierając się o zawalone do połowy rusztowanie wstałem, gorączkowo łapiąc powietrze. Einar również zaczął powoli podnosić się z posadzki, ale ja byłem szybszy. Wbiłem mu paznokcie w kark, jednocześnie łapiąc za jego bluzkę i serwując mu cios kolanem prosto w spód szczęki. Siła uderzenia odrzuciła go do tyłu i już wnet delektowałem się jakże przyjemnym deptaniem i kopaniem tej kupy mięśni. W czasie tej jakże satysfakcjonującej czynności, nastawiłem sobie nos, który ten idiota mi przetrącił.
— Może teraz ja Ci coś połamię? Zobaczysz jakie to miłe uczucie. — wysyczałem jadowicie, nieomal natychmiast kierując swój wzrok, ku wcześniej tak brutalnie potraktowanemu przeze mnie ramieniu.
— Jak to się mówi? Jak już coś zaczynasz to skończ? A więc pozwól, że tym razem zmasakruję Ci tą rączkę jak należy. — dodałem, od razu przechodząc od słów do czynów, ponownie ujmując pręta i zamachnąwszy się – wcelowałem jego końcówką idealnie w wyeksponowany łokieć. Coś na bank mu środku przeskoczyło, chociaż co do pogruchotania kości pewny nie byłem. Już miałem ponowić próbę, kiedy usłyszałem jak ktoś wchodzi do środka, od wejścia wykrzykując nazwisko leżącego na ziemi faceta. Niech to jasny szlag! Na pewno któryś z jego jebanych pomocników. Mogłem się założyć o to, że był uzbrojony, a w obecnym stanie nie było mowy, abym dał radę pokonać ich dwóch. Zacisnąłem zęby, szukając w spodniach broni, której jednak tam nie było. Musiała gdzieś wypaść podczas szamotaniny. Kurwa, kurwa, kurwa! Nie miałem czasu na nic! Jedyną szansą na ujście z życiem była ucieczka. Z wielkim trudem zostawiłem za sobą wijącego się z bólu faceta i zmierzyłem ku awaryjnemu wyjściu. Już dawno nie byłem tak pokiereszowany. Z kulą w nodze, złamanymi palcami ręki i siniakami na prawie całym ciele dowlokłem się do drzwi, a gdy znalazłem się po ich drugiej stronie odetchnąłem głęboko, jednak nie poświęcając ani sekundy dłużej na odpoczynek. Musiałem się zmywać z tego miejsca jak najprędzej. Podczas podróży w wydostawaniu się na zewnątrz sprawną ręką napisałem esemesa do jednego z ludzi, z organizacji C.H.A.R.O.N, aby jak najprędzej zjawił się pod budynkiem, którego lokację mu podałem. Kiedy udało mi się wydostać z wnętrza wieżowca, ten już czekał na mnie w czterokołowym pojeździe i gdy wsiadłem do środka – wcisnął gaz.





Z przyjemnością patrzyłem jak Isaias reaguje na ból, jak szok rozkwita na jego twarzy przez łamane mu kości. Niestety już po chwili widziałem w jego oczach taką rządzę mordu, iż cieszyłem się z bycia górą. To był ten moment, kiedy zdałem sobie sprawę że to koniec mojej zabawy i należałoby go udusić. Moja dłoń powróciła na pręt, na który całą siłą nacisnąłem. Dzieliło mnie tak mało od jego ostatniego oddechu, tak mało… Dopóki nie poczułem jak wbija mi się w nadgarstek, jak jego zęby wgniatają mi się w skórę tak głęboko, jakbym był ostatnim posiłkiem, którego spożyje… Dla upartego można to i tak nazwać, jednak nie dla psa kiełbasa… Mimowolnie moja dłoń cofnęła się, chcąc pozbyć się jego mordy i to przesądziło o całej sprawie. Widziałem tylko narzędzie nieubłaganie zmierzające ku mej twarzy i jedynie co mogłem zrobić to uchylić się, dostając w głowę. Cały obraz zaczął mi się trząść, a narastający, wszechogarniający szum uniemożliwiał mi zidentyfikowanie aktualnych poczynań szatyna. I kiedy byłem już do tego zdolny, nadal czując ból praktycznie na całym ciele, nie mogąc stwierdzić, w którym miejscu było najgorzej, zdałem sobie sprawę, że moja ofiara zniknęła z podłogi. Byłem już cholernie zniecierpliwiony, miałem tak okropną ochotę mu wpierdolić, że gdyby nie jego ponowny atak, prawdopodobnie dostałby serię ciosów. Yep, dokładnie. Było mi już obojętnie co się stanie z moją ręką, byle bym tylko rozpierdolił go na kawałeczki. Gdy powstałem, pożałowałem, że nie rozerwałem jego szczęki na strzępy, nawet jeśli ten widok niósłby się do końca mych dni. Z każdym jego ciosem, które spadało na moje ciało, odbierając mi oddech i siły, moje myśli stopniowo nikły. Wyciszałem się wewnątrz, przyjmując na siebie atak i nie mogąc wyrwać się z tego wiru. To nie znaczyło, że moja determinacja i wola życia zamierały. Wręcz przeciwnie. Tworzyło się coś, czego sam nie potrafiłbym nazwać, czego już cholernie długo nie doświadczyłem. Zdawałem sobie sprawę, że coś do mnie mówi, lecz już nie rejestrowałem słów. Ból w łokciu- wręcz przeciwnie, wydał mi się najgorszym z dotychczas zadanych mi przez gnojca ran… I kiedy próbowałem wyostrzyć wszelkie swoje zmysły, by stanąć z nim ponownie do walki… Chociaż nie. Tu nie chodziło o pojedynek. Byłem gotowy się wykrwawić, by tylko zasraniec utopił się w mojej krwi. Coś się jednak stało, przez co przerwał dotychczasowe poczynania. Sapnąłem, chcąc wziąć ogromną porcję powietrza, by po chwili zacisnąć zęby, przyglądając się jak skurwysyn ucieka. Uniosłem się nieznacznie, spluwając obok siebie, chcąc pozbyć się krwi z ust. Zacząłem się podnosić i w tym samym czasie, gdy ktoś złapał mnie od tyłu, instynktownie zamachnąłem się, zadając cios prosto w jego szczękę. Przetrzymanie mnie przez dwóch innych błaznów i ryj Harolda dopiero pozwoliło mi zarejestrować, że jestem wśród swoich. Nie poczułem jednak ulgi, jedynie wzburzenie, zaś świadomość zaczęła mi nawalać. Mój wzrok powędrował na czarne buty, które z czasem zaczęły się rozmazywać….



Kilka tygodni później…


Worek treningowy kiwał się z każdym uderzeniem, co wytwarzało idealną muzykę dla mych uszu. Straciłem rachubę czasu, odkąd wszedłem do sali treningowej. I mógłbym siedzieć tu jeszcze więcej i więcej, zadowolony z powrotu moich treningów, od których tak długo musiałem się trzymać z daleka…
- Jeśli to nic ważnego to wyjdź- mruknąłem, oblizując słone od potu wargi i zmieniając stronę, nie bardzo mając ochotę na jakąkolwiek gadaninę.
- Skoro nie odbierasz telefonu, a łaskawcy nie chciało się dupy do biura poczłapać to wiedz, że przez ciebie ominął mnie miły wieczór- syknęła, przystając przed schodami i przenosząc ciężar ciała na jedną nogę. Uderzyłem ostatni raz, zerkając na jej smukłą postać. Spojrzałem na jej długie nogi, podnosząc powoli wzrok do krótkiej, dżinsowej spódnicy, białej, obcisłej koszuli, aż w końcu na jej lico. I z chęcią powróciłbym do poprzednich partii ciała zamiast borykać się z jej wkurwionym wyrazem twarzy.
- Sprawić ci miły wieczór?- spytałem, podchodząc do krawędzi podwyższenia i uśmiechając się krzywo. Cóż, może jakbym wtopił palce w burzę jej rudych włosów poprawiłby jej się humor…
- Bierz to i mnie nie denerwuj. Jestem sekretarką Bucka, a nie całego oddziału- podsunęła mi pod nos szarą teczkę, przez którą mimowolnie przewróciłem oczami. Co tym razem? Rabuś, który przez przypadek zobaczył to, co nie trzeba? Policja, która raz na ruski rok zdobyła dobry trop? Zdjąłem czerwone rękawice, otwierając to przeklęte dziadostwo i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to męska postać na zdjęciu. W mgnieniu oka zrobiło mi się gorąco, nie wiedząc, co bardziej daje o sobie znać. Czy narastający gniew, podekscytowanie, radość wręcz, przez możliwość dokończenia rachunków…
- Jakbyś się pojawił to dostałbyś to już wczoraj, Einar… Ale miałam ci przypomnieć o ważnej rzeczy, zdajesz sobie sprawę, hmm?- mruknęła, starając się być zabawna, lecz coś jej nie wychodziło.
- Pomyślmy… Mam go dostarczyć w całości? Czy w kawałkach ale na ciepło?- spytałem ironicznie, widząc jak na jej twarzy kreuje się obrzydzenie.
- Masz dostarczyć informacje, chuj mnie obchodzi, co z nim potem zrobisz. Możesz go nawet wypchać i powiesić na ścianie jako trofeum- palnęła, odwracając się seksownie i kierując do wyjścia. Gwizdnąłem za jej plecami, stwierdzając, że jej pomysł nie jest znowu taki głupi… A jaki kreatywny!
Rzuciłem teczkę z najnowszymi danymi o posadzkę, założyłem ponownie rękawice i wróciłem do poprzednich czynności z większą niż dotąd werwą.
***

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że nie mogę go zabić, a było to tuż niedługo po wybudzeniu w szpitalu, myślałem że cały budynek po prostu rozniosę w pył. Przez ponad miesiąc czekałem aż wszystkie paskudztwa, siniaki, rany otwarte, jak i te zamknięte zagoją się, w myślach kreując milion sposobów, jak go wykończyć. Oczywiście głównym aspektem były tutaj tortury, przy których pierdoleniec musiał się w końcu złamać i wypaplać całą prawdę o systemie. A później… Każdy w organizacji wiedział, by akurat jego zostawić mnie, inaczej sam stanie się mym celem. A że byłem ich najlepszym ochroniarzem, nie mieli do tego żadnych pretensji. I dobrze. Chujec mnie wkurzył i za swoje dostanie. Oczywiście były pomysły, by wykorzystać czas, kiedy był ranny, lecz tak jak ja, zniknął z powierzchni ziemi. Tak to można ująć.
Aż do teraz, kiedy to zauważyłem go tuż przy barze. Cały i zdrowy. Jak, kurwa, miło.
- Trójeczka- mruknąłem, odkrywając karty i zaraz potem widząc swoją przegraną. Pożegnałem się ze swoją kasą, pozostawiając ją mojemu przeciwnikowi, który na tę chwilę cieszył się od ucha do ucha, jakby właśnie wygrał weekend z gwiazdą porno.
Wszystko było załatwione, a aby przypomnieć o całej procedurze barmanowi, rzuciłem mu jednoznaczny wzrok w czasie mojej wędrówki do toalety. Tam zdjąłem z siebie kaptur skórzanej kurtki i czekałem aż sukinsyn wyżłopie cały napój, po którym straci przytomność…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 2:56 pm


Przez te tygodnie miałem naprawdę przejebane. Najprostsze czynności sprawiały mi niemały kłopot, a zwykłe zapinanie koszuli było koszmarem, który śnił mi się po nocach. Tak to właśnie wygląda, kiedy tylko jedną z dłoni masz w pełni sprawną i nadającą się do użytku. Dlatego też na czas rekonwalescencji zajmowałem się tak zwaną robotą za biurkiem, która polegała na przeliczaniu udanych transakcji, co zazwyczaj robiło się jednym przyciskiem na klawiaturze, bo komputer sam wszystko liczył. Wychodziło na to, że nie zajmowałem się tak naprawdę niczym i przez większość dnia albo spałem albo udawałem, że słucham flirtującej ze mną pielęgniarki, która od niecałych dwóch miesięcy zajmowała się wszystkimi działaczami z firmy, którzy ze swoich misji powracali mniej lub bardziej uszkodzeni. Od czasu kiedy przyszło jej mnie opatrzyć po tym feralnym zleceniu zaczęła coraz częściej mnie zagadywać aż w końcu ośmieliła się na tyle, aby przychodzić nawet w godzinach pracy, kiedy pod jej gabinetem ślęczało kilkoro ludzi, z nadzieją, że może skądś pomoc nadejdzie. Z krążących po firmie opowieści dowiedziałem się, że jeden facet prawie wykrwawił się na siedzeniu podczas gdy ta była zajęta parzeniem nam kawy. Nie, wcale jej nie wykorzystywałem. To zawsze od niej wychodziły wszystkie propozycje. Z czysto koleżeńskich po te niedwuznaczne, ale niestety, musiała obejść się smakiem. Chociaż była ładna i uprzejma to zupełnie nie myślałem o niej w ten sposób. Wiedziałem, że to kwestia charakteru, bo nigdy nie kręciły mnie poukładane kobiety.
Kiedy miesiąc tkwienia w tym niekończącym się dla mnie letargu minął, można by powiedzieć, że odżyłem na nowo. Pogładziłem spluwę jak najukochańsze zwierzątko wiedząc, że mogłem powrócić do zajęcia, które, nie kłamiąc, wychodziło mi jak nic innego. I chociaż bezstresowe opierdalanie się za biurkiem miało wiele plusów, za którymi w sytuacjach kryzysowych będę tęsknił, tak wiedziałem, że to nie było dla mnie.
Ten dzień był jak każdy inny. Wstąpić do organizacji, odebrać namiary, wykonać zadanie, mieć wolne przeciętnie przez następne kilkanaście godzin. I kiedy już zrobiłem co miałem zrobić uznałem, że chwila relaksu w barze będzie właściwą odskocznią od składanych na me barki obowiązków. A ponieważ nie przepadałem za piciem w samotności tym razem towarzyszyć mi miała Megan, która dopiero rozpoczynała pracę w organizacji. Była nowa, ale już zdążyła wybić się ponad innych, działających od niej znacznie dłużej. Niektórym trudno było uwierzyć w umiejętności blondynki przez wyjątkowo drobną budowę ciała, ale kiedy dowiedzieli się o jej osiągnięciach na przestrzeni tak krótkiego czasu jej osoba zaczynała wzbudzać w nich respekt. Jakby tego było mało, nie brakowało jej seksapilu, który podkreślała tak, że wyglądało to na zupełnie naturalne, chociaż nikt nie wiedział czy tak było w rzeczywistości. Niemniej jednak taka dziewczyna była w stanie mnie zainteresować, dlatego chętnie przystałem na pomysł wspólnego wyjścia na piwo, może dwa.
Wchodząc do wnętrza zatłoczonego pomieszczenia od razu uderzył mnie silny zapach alkoholu, mocnych perfum i spoconych ciał. Po lokalu niosła się żywa, głośna muzyka, która za sprawą wypitych procentów potrafiła wprowadzić człowieka w swoisty trans. Przemknąłem wąskimi alejkami, które tańczący łaskawie pozostawili dla tych, którzy chcieli dostać się do baru. Prześlizgując się między jednym a drugim skupiskiem skaczących w rytm utworu ludzi poczułem wibracje w kieszeni spodni. Sięgnąłem ku niej dopiero kiedy znalazłem się na barowym krześle, z wysłanej mi wiadomości dowiadując się tyle, że Megan pojawi się za jakieś pół godziny, bo dopiero skończyła swoją robotę. I żebym na nią zaczekał. Westchnąłem pod nosem, stwierdzając, że i tak nigdzie mi się nie spieszy i zwróciłem się do barmana o piwo. Nawet nie zauważyłem kiedy szklanka napełniła się ponownie już trzeci raz i kiedy też pochłonąłem jej zawartość. Wiedziałem tylko tyle, że być może wszystko wypiłem zbyt szybko, bo za chwilę porządnie zakręciło mi się w głowie. Niedługo później, kiedy pojawiło się osłabienie a obraz przed oczyma zaczynał stawać się niepokojąco niewyraźny stwierdziłem, że chyba mam przechlapane. Zachwiałem się na nogach w momencie, kiedy tylko wstałem z krzesła. Rozglądałem się niespokojnie po całym pomieszczeniu, widząc rozmazane twarze ludzi, którzy wyglądali teraz jak paskudne, bezkształtne kreatury, nieobdarzone przez los żadną konkretną formą. Wszyscy wyglądali tak samo, balansując w jakimś chorym kręgu obłędu, a ja zaczynałem czuć się jakbym spadał w przepaść. Gorączkowo łapałem się wszystkiego na co natrafiły moje ręce, chcąc dotrzeć do wyjścia. Chcąc uwolnić się z tego piekła. Nie wiedziałem ile to trwało, ale dla mnie była to niekończąca się wieczność. Ostatnie co poczułem to chłód podłogi, gdy obraz przed oczami zniknął, ustępując miejsca czerni, w której utonęła każda moja myśl.
Odzyskiwałem przytomność bardzo powoli. Głowa niezwykle mi ciążyła, byłem zdezorientowany i cholernie chciałem się dowiedzieć co się stało. Serce biło mi co najmniej dwukrotnie szybciej niż zawsze, a mój własny puls dudnił mi w uszach zakłócając każdy inny dźwięk, który mógłby do mnie dotrzeć. W miarę jak zacząłem dostrzegać przebłyski światła, później kolory a wreszcie kształty, coraz dokładniejsze – byłem coraz bardziej zaniepokojony całym otoczeniem. I wtedy mój wzrok napotkał na drodze JEGO. Od razu poczułem jak wszystkie moje mięśnie się napinają, jak krew zaczyna wrzeć, świadomość tego, że byłem na wprost mego wroga przebudziła resztę moich uśpionych jak dotąd zmysłów. Chciałem zmienić swoje położenie, ale wtedy z przerażeniem odkryłem, że jestem unieruchomiony na amen. Szarpnąłem kilka razy za krępujące mnie więzy, ale to nic nie dało. Czego chciał ten skurwiel? Jak pragnął zemsty to powinien walczyć bez jakichś durnych sztuczek i przykuwania kogoś do ściany! Ubodło go ostatnie starcie? Kiedy to on skończyłby martwy gdyby nie to, że wycofałem się w ostatniej chwili?
— Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś pierwszym co ujrzę zaraz po przebudzeniu będzie Twoja gęba. — powiedziałem początkowo dość cicho, później trochę podnosząc ton głosu. — Tak bardzo obawiałeś się odmowy na spotkanie, że postanowiłeś mnie uśpić i zdecydować za mnie? Desperat z Ciebie. — kontynuowałem, cały czas patrząc mu prosto w oczy. Zdawałem sobie sprawę, że tylko bezsensownie prowokowałem faceta, który teraz tak naprawdę mógł zrobić ze mną co chciał, a ja byłem w takim położeniu, które nie pozwalało na odparcie ataku a nawet na najmarniejszą obronę, ale mimo to czułem nieodzowną potrzebę, żeby wbić mu szpilę.
— Poza tym wiem, że lubisz ostro, ale tego — tutaj szarpnąłem za więzy — się nie spodziewałem. — sapnąłem, zwilżając językiem spierzchnięte wargi.






Po krótkiej wizycie w łazience wyszedłem, zakładając z powrotem kaptur na głowę w oczekiwaniu, iż zastanę szatyna nieprzytomnego przy blacie. Że będzie wyglądał po prostu na schlanego, niekulturalnego gościa, który pozwolił sobie o odrobinę więcej jak na tę porę. No i prawie tak było. Ale. No właśnie. Kto by pomyślał że zastanę go tuż pod moimi nogami, bardziej przypominający kłodę, niżeli żyjącą kreaturę. Przybliżyłem podeszwę czarnego buta do jego tyłka i parę razy go szturchnąłem, aby „upewnić się”, czy się nie zgrywa. Kto cholerę tam wie… Nie mogłem jednak powstrzymać krzywego uśmiechu, bo chociaż miałem ochotę palanta rozszarpać, nie można było zaprzeczyć, iż półdupek miał niezły.
Z pomocą jednego gościa, za drobną opłatę, by miał jeszcze z czego grać na automatach, przeniosłem Isaias’a na wyższą kondygnację pozornie małego budynku. Kiedy już byliśmy przed drzwiami jednego z pokoi, ruchem ręki kazałem mu spierdalać i w żaden sposób się gościu nie sprzeciwiał. Że też ludzie się naprawdę nabierają na te gierki, myśląc, że coś ugrają…
Kopnąłem drzwi, taszcząc ciemnowłosego do środka, gdzie na łóżku czekały na mnie dwie pojemne, szare walizki. Pamiętałem dokładnie, kiedy działanie pigułki miało ustawać, dlatego też wszystko na spokojnie poukładałem. Jako iż cały budynek był dosyć stary i dawniej przeznaczony dla skazańców, na oknach marnowały się kraty, użytkowane wiele lat temu. Biedne, niepotrzebne… Aż do teraz. W nielicznych zresztą pokojach, bo z tego co zdążyłem zauważyć, w większości już zostały usunięte. Wyjąłem kajdany, by następnie podejść do posadzonego na łóżku Isaiasa i skuć go z obu stron, zastanawiając się, czy zrobić coś jeszcze z nogami. Jednak po wyobrażeniu sobie kolejnych czynności, jakimi będzie poddawany, stwierdziłem że będą one latać we wszystkie strony, co mogło być dosyć uciążliwe.
I tak to się skończyło- ja, czekający przy stoliku, nalewając do szklanki najzwyklejszej mineralnej wody i Isaias- dosłownie skuty dokładnie do krat i linami do ramy łóżka. Obudził się jednak troszeczkę wcześniej, niżeli się tego spodziewałem… Jakże przyjemnie było oglądać jego minę, zszokowaną, zdezorientowaną…
- W takim razie niespodzianka!- odpowiedziałem na pierwsze zdanie gaduły, który widocznie nie był jeszcze w pełni wybudzony. Mnie jednak zależało na czasie… Albo też się po prostu niecierpliwiłem.
- Wiesz, pewnie, że chciałbym się z tobą ponownie pobawić, jednak- pokazałem palec wskazujący ku górze- odgórni nakazali mi jasno i wyraźne bym wyciągnął z ciebie, co trzeba…- chwyciłem szklankę w rękę i zacząłem podchodzić do niego, po drodze przekręcając kluczyk od drzwi.
- I nie mówię o wnętrznościach, chociaż to też kusząca wizja…- mruknąłem, stając pół metra od niego i wpatrując się z nieodgadnionym wyrazem twarzy na jego lico.
- Może masz ochotę na coś do picia? Oooups- mruknąłem, trzęsąc nad nim naczyniem i po chwili wylewając na niego całą zawartość. I chociaż niezwykle podobała mi się ta ociekająca woda po jego skórze, wolałem ukazać mu jedynie złośliwy uśmiech, mając nadzieję, że teraz się w pełni obudził.
- Wybacz, ramię coś nie takie, jak kiedyś. Jakby żyło…- gwałtownie chwyciłem jego włosy i pociągnąłem mu głowę w tył – własnym życiem...
Przybliżyłem się do jego ucha, cały czas obserwując jego reakcje. Nie wiedziałem czy się bał, czy chociaż domyślał się, co go czeka, że nie mam zamiaru go tak po prostu wypuścić…
- Zdaję sobie sprawę, że to bezsensu ale kultura i zwyczaj podpowiada, by się wpierw grzecznie zapytać… Jaki jest kod do pierwowzoru, Isaias…- szepnąłem mu, kurewsko świadomy że mi nie odpowie tak po prostu…
- Może jak zdecydujesz się to ujawnić od razu, spróbuję zapomnieć o tamtej przygodzie i spędzilibyśmy miłą noc...







Byłem przekonany, że zależy mu tylko na zemście, na wykończeniu mnie w najobrzydliwszy sposób tylko po to, aby zaspokoić swoje chore żądze i zranioną dumę. Dokończyć to, co zaczęliśmy ponad miesiąc temu, tym razem odpowiednio się zaopatrując, aby mieć pewność, że nie wymsknę mu się z rąk. Tymczasem z jego słów dowiedziałem się, że to nie był jedyny powód, przez który się tu znalazłem. Czyli wyciąganie informacji, tak? Jego bystrzy przełożeni dopiero po wydaniu na mnie wyroku śmierci nagle zreflektowali się na tyle, aby wpierw chcieć mnie przesłuchać i sprawdzić czy być może posiadam jakąś wiedzę na temat systemu, który od lat starają się przejąć? W tym roku raczej nie zasłużyli na order inteligencji.
Kiedy Einar powstał na równe nogi, wiedziałem, że nie chce marnować ani chwili czasu. Zbliżył się na tyle, aby bez przeszkód móc wylać na mnie wodę, która do tej pory tkwiła w jego szklance. Nieprzyjemnie zimna ciecz spłynęła mi strugami po twarzy, szyi aż wreszcie częściowo wsiąknęła w bluzkę, pozostawiając na niej rozległą, mokrą plamę. Naigrywał się ze mnie, chełpił tym, że może robić co chce. Tak bardzo był tym pochłonięty, że nawet pewnie nie zauważył jak kretyńsko musi brzmieć. Już za chwilę poczułem mocne szarpnięcie za wilgotne włosy, które pociągnęło moją szyję do tyłu. Od ograniczających me ruchy więzów bardziej nieznośny był tylko jego wyraz twarzy. Nienawidziłem tego uśmiechu.
— Pierwszy raz oberwałeś, że tak Cię to rusza? — spytałem z kpiną, czując na policzkach ściekające w dół krople. W moich oczach pojawiła się mieszanka złości, determinacji i pogardy, chociaż to ostatnie było chyba najbardziej zauważalne. Wtedy też zbliżył się jeszcze bardziej, przysuwając swoje usta na odległość kilku centymetrów od mego ucha, tak, że doskonale czułem na swojej skórze jego oddech.
Usłyszałem wtenczas coś po czym solidnie przygryzłem dolną wargę, aby odegnać precz chęć zaśmiania się mężczyźnie prosto w twarz. Nie uważał, że na zgrywanie kulturalnego już trochę za późno? Niemniej jednak postanowiłem skupić się na drugiej części jego pytania, wzdychając lekko i wnet ponownie wbijając w niego swój wzrok.
— Uważasz, że podaliby najważniejszy element całej układanki pionkowi w ich niekończącej się grze? Pionkowi, który przez swoją profesję może skończyć właśnie w sytuacji takiej jak ta i zdradzić wszystko wrogowi? Rusz głową ciemna pało, to nie boli.





Ta jego kpina najwyraźniej miała go podbudować, wykreować godność mimo aktualnego położenia. Cóż, jeśli czuł się z tym lepiej mógł dalej próbować mnie wywrócić z równowagi. Aczkolwiek mylił się. Nie oberwałem pierwszy raz, wielokrotnie byłem w o wiele gorszym stanie, jednakże na sam koniec to i tak mój przeciwnik leżał trupem na ziemi. Bezwładny, pusty, nawet niegodny litości. Tutaj nie chodziło nawet o tamtą noc, a najzwyczajniej o to, że wyszedł praktycznie cało z naszego pojedynku. Jedna rana po postrzale i zgniecione, połamane niektóre miejsca jako skutki akcji pomiędzy dwoma profesjonalnymi zabójcami to gówno, a nie poważne rany. Ile razy widziałem takich ludzi bez jakiejś kończyny bądź bez połowy twarzy…
Jego odpowiedź na moje skromne pytanie nie była zbyt satysfakcjonująca. Dodatkowo kombinował jak mnie zgubić i sądził że dam mu spokój… Jasne. Teraz go odkuję, podam szklankę whisky i napijemy się jak starzy przyjaciele… Aż się gołąb z wrażenia zesrał.
Westchnąłem głęboko, by następnie oddalić się od ciemnowłosego i podejść do jednej z walizek. Otworzyłem ją dwoma, zwinnymi ruchami, ilustrując wzrokiem każdy ze znajdujących się tam narzędzi.
- Słyszałeś na pewno o czymś takim jak próg bólu… Jak myślisz, kto ma większy? Ktoś, kto dosyć często dostaje po dupie, czy raczej ktoś siedzący za biurkiem… - Chwyciłem obcęgi wraz z paralizatorem, by powolnym krokiem wrócić do Isaiasa, wcale nie chowając tych cudeniek…
- Ich wcale trudniej złapać nie jest, tych na górze. Ty to się chociaż umiesz bronić, jakby nie patrzeć- mruknąłem do niego, całkiem miło, jakbyśmy się znajdowali tam na dole przy barze…
- Dlaczego więc mam uważać że jako pionek nic nie wiesz… To jedna wielka gra ale nie są to szachy… Przede wszystkim nie wiadomo kto jest prawdziwym królem- usiadłem koło niego, wpatrując się przez chwile w jego mokrą twarz w całkowitym milczeniu. No i co ja mam z nim zrobić…
Widoczna bezwładność na jego licu pozwoliła, by mój gniew wyraźnie zelżał. Dobrze. Przynajmniej teraz mogłem się całkowicie skupić na pracy.
- Jeśli jednak masz rację i niczego nie wiesz… Cóż, trochę ci współczuję…- mruknąłem, odkładając obcęgi na podłogę, zaś drugą ręką rozpinając mu spodnie.
- Hmm, a może i nie- uśmiechnąłem się do niego złośliwie, trzymając wciąż średniej mocy paralizator, który z pewnością świetnie by działał w jego mokrej osobie… Tuż potem jak jego jeansy znalazły się przy przy kolanach, dołączyłem do nich bokserki, ukazując na światło dzienne cały sprzęt Isaiasa we własnej osobie… Mógł sobie teraz myśleć, że nie skończył tak źle i ominie go to, co najgorsze, jednak…
- Tym razem nie będzie tak przyjemnie- mruknąłem, chwytając go za jądra i ściskając mocno na tyle, by mężczyzna nie zdołał leżeć w milczeniu.
- Nie zależy mi na innej informacji niż ta jedna…








Podążyłem wzrokiem za mężczyzną, który po krótkiej wymianie zdań puścił moje włosy i ruszył w kierunku swoich dwóch walizek. Wiedziałem, że wkrótce cały proces wyciągania ze mnie informacji przybierze nieprzyjemną formę, ale najwidoczniej skrzętnie spychałem ten fakt na granice swej świadomości, do tej pory nic sobie z tego nie robiąc. Jednak w chwili, w której zobaczyłem jak wyciąga narzędzia dobitnie zrozumiałem swoje położenie. Było ono o wiele gorsze niż wtedy, kiedy Einar przyszpilił mnie do podłogi i przyduszał prętem. W tamtej sytuacji jeszcze nie wszystko było stracone, jednakże teraz krótko mówiąc nie miałem żadnych szans jeśli chodziło o samodzielne wyswobodzenie się z kajdan i obwiązanych wokół nóg sznurów. Nie sądziłem, że to kiedykolwiek mnie spotka. Beznadziejna prawda była dla mnie niczym potężny cios, wyprowadzony prosto w twarz. Przez moment leżałem w bezruchu przytłoczony nadmiarem rozbieganych myśli, które przecinały mój umysł. W takim stanie trudno tu było o zachowanie zdrowego rozsądku, o spokój, szukanie najwłaściwszego rozwiązania. Kurwa! Teraz liczyło się tylko to, abym nie zdechł na tym łóżku w tak poniżający i paskudny sposób! Wiedziałem, że ten chuj nie cofnie się przed niczym. Podczas swojej brudnej roboty na pewno nie raz wysłuchiwał przeraźliwych krzyków czy gorączkowych błagań i na pewno nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia. Zdawałem sobie sprawę, że nie przestanie dopóki zadany ból nie rozwiąże komuś języka. Uderzyłem kilkukrotnie zaciśniętą pięścią w metalową ramę łóżka, będąc tak fatalnie sfrustrowanym, że nie sposób było tego opisać. Uniosłem spojrzenie swych piwnych tęczówek dopiero kiedy facet ponownie znalazł się tuż przy mnie, jakby nigdy nic spokojnie usadawiając się na skraju łóżka i dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. Chciałem mu coś powiedzieć, cokolwiek, byleby choć na chwilę wzbudzić w nim gniew. Rozsierdzić go, sprawić, że w jego oczach pojawi się furia, ale obecny stan rzeczy wyjątkowo skutecznie odciągał mnie od tego pomysłu. Drgnąłem niespokojnie w chwili gdy mężczyzna zaczął rozpinać mi spodnie.
— Co Ty wyprawiasz?! — warknąłem, wiercąc się na rozległym posłaniu, jak gdyby to miało go jakkolwiek powstrzymać. Widziałem jak pozbywa się dolnych partii mojego ubrania, wkrótce sprawiając, że leżałem prawie półnagi. Oszołomienie przybrało na sile, w momencie kiedy poczułem jak uderza we mnie nagła fala bólu. Z moich ust wydobył się gardłowy ryk, który nieudolnie próbowałem zdusić we wnętrzu. Tak bardzo pożałowałem, że kiedy miałem okazję nie rozwaliłem mu tej ręki w drobny mak. Ochoczo przystałbym teraz na taki scenariusz. Wiedziałem jednak, że to zaraz ja mogę skończyć bez swoich kończyn jeżeli czegoś nie zrobię. Mężczyzna dopiero przygotowywał się do prawdziwych tortur a ja kategorycznie nie chciałem brać w nich udziału. Kiedy wreszcie się uspokoiłem na tyle, aby nie zmieszać go z błotem postanowiłem przejść do negocjacji.
— Prawdą jest, że kod jest dla mnie niewiadomą. — zacząłem wypuszczając z płuc przetrzymywane powietrze. — Ale znając główny budynek organizacji, wszystkie zabezpieczenia oraz hasła, które pozwolą na jego przechwycenie jestem w stanie pomóc Ci go zdobyć. — powiedziałem, uważnie mu się przyglądając. — Poza tym potrafię obsługiwać system, a z tego co wiem w firmie poza mną są tylko dwie takie osoby, zresztą cholernie dobrze chronione, więc żeby dostać się chociaż do jednej z nich musiałbyś rozwalić większość zabezpieczeń, a do tego czasu zdążą rozwalić Ciebie. Sam kod nic Ci nie da jeśli nie wiesz co z nim zrobić i nie masz najmniejszego pojęcia jak działa system. A żeby opanować wszystkie niezbędne szyfry na naukę musiałbyś poświęcić dobre kilka miesięcy. — wyjaśniłem pokrótce. — Dlatego czy chcesz czy nie, jestem Ci potrzebny bardziej niż sobie wyobrażasz. — podsumowałem, lewym przedramieniem odgarniając z czoła wilgotne kosmyki. Okazałby się niemałym głupcem, gdyby nie przystał na tak obiecującą ofertę. Nie gwarantowałem mu powodzenia misji, ale jakkolwiek by na to nie spojrzeć - bez wykwalifikowanego pracownika organizacji z oryginalną wersją systemu mógł jedynie pomarzyć o przechwyceniu kodu i wykorzystaniu tej wiedzy w praktyce.
— A teraz mnie rozwiąż. — rozkazałem, nie czekając na to co odpowie. Fakt unieruchomienia mych kończyn był już nie do zniesienia, tym bardziej będąc w obecności kogoś tak nieobliczalnego jak on.





Jego ryk rozprzestrzenił się po pokoju i był zapewne słyszalny jeszcze na korytarzu budynku. Tu już nie chodziło o samo wywoływanie bólu, ale o upokorzenie, jakie nabywała ofiara, co znacznie wpływało na przyszłe jej decyzje… Już miałem przyłożyć paralizator do jego krocza, pogłębiając jego rozpoczynającą się mękę, jednak otworzył się przede mną znacznie wcześniej niż cokolwiek zdążyło mocniej ucierpieć. Uśmiechnąłem się triumfalnie, słysząc jego słowa. Jak widać, porządny chłop byłby gotowy rękę poświęcić dla wyższej sprawy jednak… Z chujem to już trudniej.
Propozycja Isaiasa była dobra. Inteligentna. Opłacalna. Gdyby tylko cała akcja nie toczyła się o życie i śmierć, a ja miałbym stuprocentową pewność że padalec nie kłamie i mnie w środku misji nie wystawi, dając się zabić służbom specjalnym. Nieważne jak byłbym silny, będę tam niczym intruz w ulu.
Odłożyłem narzędzie na podłogę, by następnie wyciągnąć rękę do krat, przebijając się nadgarstkiem na ich drugą stronę, by ostatecznie otworzyć lufcik. Wtedy też sięgnąłem po paczkę Malboro wraz z gazową zapalniczką, z którymi usiadłem we wcześniejszym miejscu, nie robiąc sobie nic z niecierpliwiącego się bruneta.
- Rozwiązać powiadasz…- odpaliłem papierosa, po chwili wypuszczając dym z płuc i wzdychając cicho. Nie spodziewałem się, iż będę musiał z nim współpracować w takim stopniu… Że mimo wszystko wyda jakieś hasła konieczne do rozwiązania podstawowo szyfru, a potem nie pozostanie mi nic innego, jak ubić go do zasranej śmierci. Chociaż, jakby się w czasie tortur nie zesrał to nie miałby tak źle: wygodne łóżko, całkiem ciepło… Żyć, nie umierać! Ykhm… No właśnie.
- Jeśli mówisz prawdę to wręcz nie będziesz miał wyboru niżeli mi pomóc, Isaias… Co daje Ci ta organizacja, hmm? Myślę że nic nie jest w stanie wynagrodzić samego przeżycia… Co dopiero, kiedy mówi się o dwóch- mruknąłem, drugą ręką wyciągając telefon i ustawiając na nim widoczną kamerkę z baru, dosyć mocno przybliżoną na jasnowłosą postać.
- Kojarzysz dziewuszkę?- spytałem, pokazując mu to samo miejsce, gdzie niedawno siedział on sam – Całkiem niezła tak apropo. Nie wiem kim dla ciebie jest: żoną, kochanką, czy zwykłą koleżanką z fachu, jednakże wiedz że nie jesteś jedynym snajperem w mieście. Blondyneczka jest pod czujnym i dokładnym wzrokiem profesjonalisty, pierwsze twoje podejrzane posunięcie, a ujdzie z niej życie. Jako że pewnie będziesz miał czas na jakiekolwiek poinformowanie, co zresztą srogo odradzam, wiedz że za rogiem może kryć się inny zawodowiec, który zamiast zrobić to dosyć szybko dodatkowo z chęcią się z nią pobawi… No wiesz jak to jest- uśmiechnąłem się wrednie, spoglądając na jego obnażone krocze, by następnie schować telefon i wcisnąć sobie papieros do ust. Wstałem z łózka i sprawnym ruchem schowałem narzędzia do walizki, zamykając ją na kluczyk, wypalając w międzyczasie fajkę. Wtedy też zrobiłem to, na co miałem ochotę przez ostatni miesiąc, a konkretniej mówiąc, chwyciłem jego wilgotny kołnierz, zamachując się przy tym i trafiając w jego przystojne lico, które automatycznie przekręciło się w drugą stronę.
- Obaj jednak wiemy że o tamtej nocy… w magazynie nie zapomnimy- mruknąłem mu do ucha, specjalnie dotykając wargą jego płatek, w tym samym czasie wyjmując telefon Isaiasa z kieszeni. Dopiero wtedy uwolniłem jego ręce z kajdan, by następnie podejść do stolika z alkoholem i nalać do dwóch szklanek czystego whisky.
- No, to już kiedy się uwolnisz, powiedz co twoim zdaniem będzie potrzebne do przechwycenia… Czy wystarczy zrobić to na odległość, czy może jednak będzie koniecznym spacerek po waszej organizacji…- powiedziałem, upijając łyk brunatnego napoju.






Einar w ogóle nie spieszył się z podjęciem decyzji. W chwili kiedy dla mnie sekundy zamieniały się w minuty, on sam czerpał przyjemność ze zwlekania jak tylko się da. Z każdym kolejnym momentem nienawidziłem go coraz bardziej, czując jak to uczucie stopniowo zalewa całe me wnętrze, przepełnia je, drąży, paląc niczym płomień. Pierwszy raz znalazłem się w tak beznadziejnej sytuacji, gdzie aby uniknąć śmierci musiałem ulec, poddać się i w zupełności podporządkować czyimś planom. Nie byłem na coś takiego w żaden sposób przygotowany i do wszystkich diabłów - nie chciałem być!
Mężczyzna zbliżył do mnie swój telefon, wskazując na postać widoczną na wyświetlaczu. Od razu rozpoznałem w tej blondynce Megan, która wreszcie przybyła na umówione miejsce. Pomyśleć, że gdyby przyszła te pół godziny wcześniej być może uniknąłbym ponownego spotkania z tym skurwielem. Tego jednak nigdy się nie dowiem. A szkoda. Jego słowa jednak nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Zabije ją? Naprawdę? To już nie moja sprawa. Przed chwilą to ja mogłem wyzionąć ducha i rzecz jasna stałoby się tak, gdybym sam nie zadbał o swój tyłek. W tym fachu głupotą było liczyć na czyjąś pomoc. Tutaj każdy troszczył się przede wszystkim o siebie i odkąd organizacja funkcjonuje - było tak od zawsze. Jeżeli chciał wzbudzić we mnie chociaż cień empatii dla tej nieświadomej niebezpieczeństwa duszyczki to był z miejsca skazany na porażkę. Wiedziałem jednak, że musiał być przygotowany i na taką ewentualność. Miał mnie w garści i bez tego. Uzbrojony, w pełni sił, gotów zabić bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko coś mu się nie spodobało. Chociaż ciężko było mi nawet o tym pomyśleć to - nie ukrywając - on był panem całej sytuacji a ja jedyne co mogłem zrobić to ulec jego woli. Dlatego też nie zareagowałem w chwili, kiedy szarpnął brutalnie za mój kołnierz. Nie zrobiłem tego również gdy poczułem piekący ból na lewym policzku. Wiedziałem, że kiedyś odpłacę mu za każdy z zadanych mi ciosów. Co do jednego. Sprawię, że zadławi się tą swoją satysfakcją, sczeźnie w jej zwodniczych objęciach.
Poruszyłem się dopiero kiedy usłyszałem dźwięk otwieranych kajdanek. Wtedy toteż szybko wyciągnąłem uwięzione w nich jak dotąd przeguby, na których zdążyły pojawić się sinoczerwone pręgi wskazujące na to jak niespokojnie musiałem się wiercić. Nie zwróciłem na to jednak większej uwagi nieomal od razu zajmując się ciasno obwiązanymi wokół nóg linami. Gdybym miał nóż wszystko poszłoby o wiele szybciej, ale nie próbowałem nawet pytać o niego Einara, bo przewidując jego narwane zachowanie jeszcze rzuciłby we mnie piłą tarczową, którą na pewno w jednej z tych swoich przeklętych walizeczek musiał mieć. Wciągnąłem na siebie dolną część ubrania, w tej krótkiej chwili doceniając jak to przyjemnie jest nie świecić sprzętem, kiedy wyraźnie nie ma się na to ochoty.
— Powiedz mi — zacząłem, siadając na łóżku w taki sposób, aby móc spokojnie oprzeć łokcie na udach a podbródek o pięści — czy jak się z kimś pieprzysz to robisz to na odległość? — spytałem, przechylając głowę w jedną stronę i ledwie zauważalnie uśmiechając się kącikiem warg. — Jak chcesz zrobić coś porządnie to powinieneś się zabrać za to jak należy.
_________________






Jack Daniels, Ballantines, Chivas Regal, Balvenie, Macallan… Tyle cudownych whisky, które nie raz i nie dwa smakowałem w tym mieście, a oni akurat dzisiaj przynoszą mi jakieś ścierwo… Skurwysyny jebane. Odłożyłem szklankę, zerkając jak Isaias próbuje się uwolnić od lin, a chwilę później ubiera swoje gacie. No cóż, wolał nie wietrzyć…
Uniosłem brew ku górze tuż po jego odpowiedzi, zastanawiając się, o co mu chodziło… Ludu, myślałem że tak ciężko tylko z laskami. A jednak, jeżeli sądził że zignoruję tą kretyńską dwuznaczność to się mylił. Ruszyłem w jego stronę sprawiając, że doczepiony łańcuch do spodni przypomniał mi o swojej obecności, przez który znowu przemknął przez moją głowę dosyć ciekawy pomysł, który musiałem mimowolnie uciszyć.
- Czyli powiadasz, że należy się wybrać do organizacji- podsumowałem z jego wypowiedzi, stając tuż przed nim, co ostatnio zaczęło mi się wyjątkowo podobać. Przed oczami stanęła mi sytuacja, mająca miejsce ponad miesiąc temu, jak z tym samym wyraz twarzy, no, może pomijając tego śladu po uderzeniu, zapraszał mnie niejednoznacznie do wspólnej nocy. To było zarówno bezpośrednie jak i pośrednie… Cwane i bezwstydne. A ja nie mogłem ukryć, że te cechy wyjątkowo zwracały na siebie moją uwagę… Cóż poradzić, kiedy wokół ciebie rządziła monotonia i nuda. Z czasem nawet życie profesjonalnego zabójcy robiło się bez fajerwerków, styl i rodzaj akcji powtarzał się odbierając im wyjątkowej w sobie adrenaliny, a ja coraz częściej zaczynałem się zastanawiać w czasie jednej z nich JAK kogoś zabić, a nie, by po prostu to zrobić szybko i bezpiecznie… Zdążyłem zauważyć, że i brunet miał ostatnio ten sam problem, bo może gdyby nie jego zabawa na dachu, nie znalazłby się w tej sytuacji…
- A co do pieprzenia…- mruknąłem, układając ręce na jego kolanach, tuż koło jego łokci i pochylając się w jego stronę na tyle że moja twarz znalazła się na tej samej wysokości co jego.
- Nie ukrywaj, że miałeś nadzieję na coś innego, kiedy ściągałem ci spodnie- w sumie mógłbym poczekać na jego odpowiedź. Na chamskie, wredne i pełne ironii słowa skierowane do mnie, które w pewnym stopniu chroniłyby jego pieprzoną dumę mężczyzny. A jednak mi się nie chciało, od rana będąc maltretowanym gadaniną masy ludzi oraz marnego whiskey i jedynym o czym teraz bym pomyślał to jakże bierna noc. Wtopiłem się ustami w jego, całując go namiętnie i zdecydowanie pchnąłem go do tyłu. Owszem, kurwa, myślałem własnym fiutem i jakby jeszcze ktoś miał wątpliwości, kompletnie mi to nie przeszkadzało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 3:12 pm


Dłonie na kolanach, twarz naprzeciwko mojej, śmiałe spojrzenie, które we mnie wbił i te jakże podobne do niego zuchwałe słowa, które czasem tak bardzo potrafiły zadziałać na nerwy. Ściągnąłem brwi zdegustowany, za chwilę otwierając usta, aby potraktować go kolejną dawką szyderstw i złośliwości, lecz nie spodziewałem się, że zostanę uciszony zanim z mych ust wypłynie chociażby jedno słowo. Einar zapalczywie wpił się w moje wargi, swoim nagłym czynem zduszając wewnątrz mnie olbrzymią chęć, abym w raczej mało subtelny sposób powiedział co o tym sądzę. Co na marginesie oczywiście byłoby tylko kolejnym z moich łgarstw, bo czy kiedykolwiek przyznałbym się, że na to właśnie liczyłem? Prędzej piekło by zgasło.
Pozwoliłem popchnąć się z powrotem na łóżko, czując jak ogarnia mnie coś całkiem obezwładniającego. Zachłanność z jaką obchodził się z moimi wargami sprawiła, że zaczynałem tracić oddech, pochłonięty jego pocałunkami bez reszty. Cokolwiek do tej pory miałem w głowie zniknęło i nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć o czym przed chwilą myślałem. Bezwiednie powiodłem dłońmi pod spód jego koszulki, aby za chwilę móc z niemałą starannością pieścić każdy skrawek jego rewelacyjnie wyrzeźbionego torsu. Ta bliskość zadziałała na mnie niemal natychmiast. Zaczynało mi się robić cholernie gorąco i wiedziałem, że z biegiem czasu będzie ze mną tylko gorzej, dlatego też odsunąłem się na moment, nie chcąc zatracić się w tym tak szybko. Odetchnąłem głęboko, ponownie sięgając ku zakrywającemu jego mięśnie materiałowi, aby tym razem na dobre się go pozbyć, odrzucając przeszkadzającą mi koszulkę gdzieś za siebie. Mój wzrok już wkrótce sunął z uwagą wzdłuż jego nagiej klatki piersiowej chłonąc każdy szczegół tak jakbym widział ją pierwszy raz. Oj, świat zacząłby cholernie cierpieć gdyby dowiedział się co on ukrywa pod bluzką każdego dnia. Lekkim popchnięciem zmusiłem go, aby to on teraz się położył, a sam podniosłem się z posłania, aby za chwilę z łatwością móc przylgnąć ustami do jego podbrzusza, składając na nim intensywne, mokre pocałunki. Przez pewien czas celowo nie schodziłem niżej chcąc aby to czekanie zaczęło trawić go od wewnątrz. Przesunąłem opuszkami palców po skórzanym pasku, zmierzając nimi w dół by wnet w jednostajnym tempie móc masować jego krocze. W tym samym czasie zjechałem ustami na metalową sprzączkę, postanawiając pobawić się w jej otwieranie. To również było z premedytacją. Chciałem by się niecierpliwił, łaknąłem tego jak diabli. Po wcale nie tak długiej chwili zapięcie puściło, a ja zamiast dokończyć to co zacząłem i całkowicie pozbyć się paska - na przekór ruszyłem wargami znowu w górę. Powiodłem językiem wzdłuż jego szyi, by na koniec wtargnąć nim do środka jego ust. Każdy pocałunek zdawał się być coraz żywszy i intensywniejszy, coraz bardziej odczuwalny i wprowadzał coraz większy zamęt w mojej głowie. Nie potrafiłem zrozumieć tego jak tak ogromnie nienawidząc można jednocześnie kogoś tak cholernie pożądać.


Nie dbałem o jego zgodę, wiedząc że mimowolnie i tak podda się moim pocałunkom. Próbowałem nie odkrywać żadnych uczuć prócz przejęcia, z jakim obchodziłem się z jego wargami, nie mógł sobie nawet tego wyobrazić, jaką przyjemność i satysfakcję robiło mi ponowne dotykanie jego skóry i dogłębne badanie jamy ustnej. Błądziłem językiem po jego zębach, polikach, by w końcu całować go mocno do utraty tchu, kompletnie nie panując nad oddechem. Nie wiedział, że gorąca fala przepłynęła przez moje ciało w chwili, gdy zaczął sunąć swoimi palcami po moim brzuchu. Nie wiedział, że poczułem niemalże impulsy elektryczne zmierzające ku mojego krocza zanim w ogóle tak naprawdę coś się zaczęło.
Spojrzałem na niego zdezorientowany w momencie, gdy ni stąd odsunął się ode mnie, przerywając jakąkolwiek bliskość. W tej, chociaż krótkiej chwili zdążyłem przypatrzeć się jego wzrokowi i niemalże poczułem satysfakcję, widząc jak jego oczy są nie do końca trzeźwe, obecne. Pozwoliłem, by ściągnął ze mnie bawełniany materiał z niemałą przyjemnością obserwując, jak delektuje się moim ciałem. To był jednak dopiero wstęp wstępu, przypatrywanie się jego reakcjom, jak poddaje się żądzy i oddaje w ręce rywala, lecz to wystarczyło bym poczuł napływające pożądanie w niejednym miejscu na mym ciele…
Przymknąłem nieznaczne oczy, czując jak pozostawia po sobie mokre pocałunki niemal na całym podbrzuszu, lecz to ręka szatyna, powolnie stymulując jakże zniecierpliwione zwierze wywołała u mnie przypływ nieopisanego gorąca. Delikatnie odchyliłem głowę, wydając z siebie mimowolne westchnięcie na skutek odczuwanej przyjemności i narastającego zniecierpliwienia. Pragnąłem, by zszedł w dół, by dał sobie spokój z tą klamrą, rozpiął to normalnie, szybko i poleciał z ustami w dół… W dół... Mój członek zdążył stwardnieć, niezwykle wrażliwy na jakiekolwiek ruch, zaś Isaias jak na przekór ustami ruszył nie tam gdzie było trzeba… Jęknąłem zirytowany, czując jak oddech mi przyśpiesza, będąc pod ciałem Isaiasa i oglądając go spod przymrużonych oczu. Korzystając z chwili, gdy wdrapywał się ku górze, zręcznie pozbyłem się górnej odzieży, zakrywającej jego mięśnie i ozdabiające tors blizny… Uśmiechając się delikatnie przejechałem po nich wolno palcami, wkrótce jednak zostając obezwładnionym przez pocałunki szatyna, a czułem gdzieś głęboko w kościach, iż gdybym nie skupił się na nich równie mocno zostałbym pożarty żywcem…
Moje dłonie powędrowały na jego tyłek, zanurzyły się w ciemnych spodniach, przekopując się przez bokserki, by w końcu chwycić pewnie i mocno za każdy pośladek, jednocześnie przybliżając do siebie mężczyznę i rozsuwając nieznacznie swoje nogi na boki.
- Skurwysyn z ciebie- skomentowałem jego wcześniejsze droczenie ze mną i czując, jak coraz bardziej pali mnie na dole, instynktownie oddawałem mu wszystkie pocałunki i przyciskałem w tym samym tempie jego krocze do swojego, trzymając go w dalszym ciągu za tyłek… Gdy udało mi się od niego oderwać, zniżyłem się nieznacznie, by sięgnąć twarzą do jego torsu i chwycić w zęby sutek, maltretując go również językiem, jak i całą jego okolicę… W międzyczasie prawa ręka zjechała z pośladka po udzie i powolnie błądząc w jego bokserkach dopiero po jakimś czasie nieznacznie dotknęła członka szatyna… Przestało mnie to wszystko śmieszyć, przestałem nawet myśleć, co zrobić by trochę rozdrażnić Isaiasa… Pragnąłem go dotykać, by on dotykał mnie, mocno i intensywnie. Pragnąłem go ujeżdżać chyba nawet bardziej niż chciałem go wcześniej zabić…



Miałem nieodparte wrażenie, że gdziekolwiek mnie dotykał tam czułem ciepło, które zamiast powoli przechodzić, wzbierało wciąż na sile. Moja skóra pragnęła czuć jego mocno zaciskające się dłonie, jego gorący oddech. Chciałem mieć na tyle silną wolę, aby móc się przed tym obronić, nie dać się zwieść jego ustom, sprawnym rękom i spróbować to przerwać, aby zobaczyć jak bardzo go to rozwścieczy, ale nie byłem w stanie tego zrobić. To było silniejsze niż cokolwiek, co wcześniej czułem, to było nie do zatrzymania. Pożądałem jego bliskości, ciała, które przylegałoby do mojego, a każdy jego dotyk był tak potwornie uzależniający, że wciąż chciałem więcej i więcej. Traciłem zmysły i nie mogłem nic na to poradzić. Ta nagląca potrzeba lizała moje wnętrze niegasnącym płomieniem, nie słuchała głosu rozsądku, była całkowicie szalona i niepohamowana, a ja zatracałem się w niej coraz bardziej, nie mając na tyle siły, aby potrafić ją zignorować. Kiedy jego krocze zaczęło ocierać się o moje, natychmiast poczułem ogrom jego podniecenia. Spodnie zaczęły być dla mnie torturą, ciasnym ograniczeniem, którego z niemałą ochotą pozbyłbym się jak najszybciej. Czekanie stało się dla mnie równie dokuczliwe co dla Einara, ale nie chciałem tego pokazywać. Wolałem, żeby sądził, że tylko jemu tak paskudnie to doskwiera i uporczywie starałem się nie zwracać na to uwagi. Kiedy oderwał ode mnie swoje usta, kierując je w dół, nie spodziewałem się, że za chwilę złapie zębami jeden z moich sutków. Cichy jęk automatycznie wydostał się spomiędzy moich nabrzmiałych od pocałunków warg, które jednak niemal od razu zakryłem wierzchem dłoni, zakłopotany tym nagłym, zupełnie niekontrolowanym przeze mnie dźwiękiem. Ostatkiem sił powstrzymywałem się przed wydawaniem kolejnych westchnięć, które gorączkowo domagały się ujścia. Całą swoją uwagę skupiłem na jego dłoniach, swobodnie błądzących po mojej nagiej skórze, do tej pory skrzętnie odgrodzonej od niego ciemnym materiałem spodni. Zwiesiłem głowę czując jak żar raz po raz zalewa potężną falą moje ciało, pozbawiając mnie samokontroli i resztek zahamowań. Byłem gotowy zrobić dosłownie wszystko, byleby tylko sprawić mu przyjemność. Odepchnąłem go od siebie nagle, gwałtownie, oddychając z takim trudem jakbym wynurzył się właśnie z wody, po co najmniej dwóch minutach przebywania pod jej powierzchnią. Złapałem końcówkę jego paska, jednym, porządnym szarpnięciem wyciągając go ze wszystkich szlufek i odrzucając na podłogę, gdzie spadł z głośnym hukiem. Zacisnąłem palce na jego udach, przesuwając je w stronę zapięcia spodni, których to równie sprawnie wnet się pozbyłem, wkrótce to samo czyniąc z jego bokserkami. Chęć zadowolenia go była tak silna, że całkowicie przestałem interesować się tym, co się ze mną działo i jak bardzo to było do mnie niepodobne. Obie dłonie zacisnąłem na jego pobudzonym członku, przesuwając każdą z nich w stałym tempie w górę i w dół. Kciukiem drażniłem jego nasadę, masując ją kolistymi, szybkimi ruchami, co pewien czas naciskając mocniej na sam środek. Niebawem dołączyły do tego także i wargi, najpierw skupione jedynie na końcówce, na której składałem krótkie, subtelne pocałunki, do czasu, aż całkiem objąłem go wnętrzem swoich ust. Poruszałem się miarowo, aby móc jednocześnie umiejętnie wykorzystywać swój język, który przesuwał się po całej długości jego członka. Pieściłem każdy jego fragment, zasysając, masując i biorąc go głęboko w usta tak, że niemal się dławiłem. Przestałem dopiero w momencie, kiedy nabrzmiał tak bardzo, że za chwilę mógłbym się spodziewać wytrysku, a zdecydowanie nie chciałem, żeby nastąpiło to tak szybko. Na pewno jeszcze nie teraz. Odsunąłem się, aby móc złapać konkretniejszy haust powietrza, którego aktualnie naprawdę potrzebowałem, jednocześnie kierując swe spojrzenie prosto w jego przepełnione żądzą oczy.
— Zastanów się... jeszcze nie jest za późno... żeby grzecznie się ubrać... i wrócić do ustalania planu — wysapałem, oblizując usta. Nie wiedziałem jak to jest, że miałem siłę jeszcze się z nim drażnić nawet wtedy, kiedy sam już nie wytrzymywałem.




W tej intymnej sytuacji roiło się od ironii. Mimo iż znajdowałem się pod brunetem, całując go i pieszcząc czułem jakbym to ja nad nim dominował, tym bardziej widząc jego reakcje, jego starania by nie odkryć się zbytnio przyjemnością, jakiej doznawał chociaż miał to wyraźnie wypisane na twarzy. Znowu jednak, słysząc jego jęk i obserwując wymalowaną rozkosz na męskiej twarzy czułem jak kolejno wszystkie moje mięśnie napinają się, spodnie robią się niewyobrażalnie ciasne, a serce głupio przyśpieszyło. Psychicznie miałem wrażenie być zdominowany, co automatycznie zmusiło mnie do użycia większej siły i namiętności. Palce, które do tej pory błądziły po pośladku, zacisnęły się, jeszcze bardziej przysuwając jego ciało do mojego. Usta składały pocałunki niemal na całym torsie, pozostawiając niejedno znamię… Niemal nadmierne wciągałem jego zapach mieszanki perfum i potu. A jednak było mi zdecydowanie za mało.
Sam nie wiem, czy miałem bardziej ochotę przekląć, jęknąć, czy go siłą przyciągnąć, kiedy odsunął się ode mnie równie gwałtownie, co przedtem. Zamiast tego przygryzłem mocno dolną, spierzchniętą wargę, czując po chwili metaliczny posmak krwi. Zanim zdążyłem ogarnąć, co jest do cholery grane, zrozumiałem wszystko, widząc jak Isaias zajmuje się spodniami, a raczej pozbyciem się ich. Miałem chwilę na świadome, jasne zastanowienie, lecz zamiast ją wykorzystać, przyglądałem się z jaką sprawnością i zaangażowaniem mnie rozbierał. Nie śmiałem mu przeszkadzać, czując jak podbrzusze wariuje z podekscytowania, a ja nie wiedziałem na czym się bardziej skupić: na pełnej żądzy twarzy, okalanej przez czarne kosmyki, czy na ruchu palców bruneta. Rozkraczyłem nogi, mając wrażenie że moje krocze zaraz eksploduje.
Popatrzyłem przed siebie, wlepiając wzrok w jakiś nic nieznaczący punkt, kiedy to moje dłonie tonęły w miękkiej pościeli. Wypuściłem powietrze z ust, czując niewyobrażalne gorąco, które skracały mój oddech i uniemożliwiły jasnego myślenia. Wytrzymywałem. Wytrzymywałem dopóki mój członek nie został wystawiony na bezpośredni kontekst z jego wargami, co przywołało większą falę żądzy, odczuwalną nawet na końcach palców, które obejmując białą pościel, zacisnęły się w pięści. Moje spojrzenie wróciło do Isaiasa i niemal w tym samym czasie wyrwało mi się z ust jęknięcie. Instynktownie wysunąłem biodra do przodu, patrząc jak zahipnotyzowany, jak obciąga i pieści mojego kutasa, który aż drżał z okazywanej mu przyjemności. Krew pulsowała mi w żyłach, przytłumiając słuch i pozostawiając sam na sam z myślami, które nie były wcale skomplikowane. Bo prostu chciałem więcej. Nie potrafiłem sprecyzować, kiedy dokładnie zacząłem wydawać z siebie urywane dźwięki, lecz gdy do mnie to dotarło, nie było sensu się z tym ukrywać. W zasadzie to nie wiedziałem, czy bym umiał się temu oprzeć, sprzeciwić. Zdecydowanie to było silniejsze ode mnie, przez co cała reszta przestała się liczyć. Wtopiłem palce w jego gęstych włosach, zachęcając go do kontynuowania, chociaż dałbym sobie po raz kolejny w ramię strzelić, iż nie było to potrzebne. Za każdym razem, gdy żołądź dosięgał jego gardła miałem wrażenie jakby ktoś wzniecił wewnątrz mnie ogień, a jego opary unosiły się szybko, choć dokładnie do każdej komórki mojego ciała. Byłem blisko, na tyle blisko że sam miałem ochotę zacząć poruszać biodrami, kiedy to przestał. Przestał!!! Zmrużyłem oczy, zaciskając usta w wąską linię, próbując skupić się na słowach, które wypowiada. Boże, co on pierdoli?
Zaśmiałem się ironicznie, nie dowierzając, że śmiał się jeszcze ze mną bawić.
- Grzecznie ubrać? Masz mnie za grzecznego chłopca, Isaias?- spytałem, pomiędzy niespokojnymi wdechami. Na mojej twarzy błądził cyniczny uśmiech, lecz wzrok przewiercał go na wylot.
- Trzeba cię wyprowadzić z błędu- mruknąłem ciszej, przyciągając go do siebie i całując tak namiętnie, jakbym nie czuł tych warg na swoich ustach już z rok. Rękoma pośpiesznie i niecierpliwie pozbywałem się dolnej odzieży bruneta, wyczuwając jak jego członek jest równie napięty, lecz to mój niezwłocznie szukał ujścia. Rozbierając go niemal sam siebie torturowałem, bo przecież była masa innych sposobów, bym odczuł ulgę.
Przybliżyłem gorące ciało Isaiasa do siebie, nieuważnie doprowadzając do kontaktu jego członka z moim. Wziąłem haust powietrza, powstrzymując się i jednocześnie rozchylając pośladki mężczyzny i nim w niego wszedłem, popatrzyłem na jego twarz. Poruszenie gwałtownie biodrami było fascynujące i zabójcze zarazem dla moich komórek nerwowych. Dosłownie widziałem w jego oczach mignięcie światła i dopiero teraz doszło do mnie że wszystko dzieje się przy zapalonych lampach. Wątpiłem jednak, by któremukolwiek z nas to przeszkadzało.
Nie minęło nawet pół minuty ostrego penetrowania jego wnętrza nim poczułem skurcz, a ejakulat zapełnił Isaiasa, sprawiając że wydałem z siebie urywany odgłos rozkoszy. Jeżeli by teraz cokolwiek do mnie powiedział, nie usłyszałbym, zastanawiając się, jak to możliwe że nie miałem dość, a ogień zamiast we mnie przygasać, palił się dalej niemiłosiernie.
Ponownie zacząłem całować już delikatnie mokry tors bruneta, dopiero po chwili wyciągając z niego penisa. Kiedy niemalże czule wędrowałem wargami po jego klatce piersiowej, dłonią zacząłem pieścić jego kutasa, mocniej gładząc jego nasadę i zwalniając przy napletku. Jemu jednak nie było nic potrzebne, twardy i wielki sprawiał mi suchość w gardle, bez większego kontaktu. Odsunąłem się nieznacznie w tył z brunetem na kolanach, po czym plecami padłem na ciepłą już pościel. Posłałem mu wyzywające spojrzenie, splatając dłonie za sobą.
- Chcesz… Bardzo chcesz…- wychrypiałem z pewnością w głosie.



Tak mu zależało na zaspokojeniu ogarniającej go żądzy, że nawet przez chwilę nie zastanowił się nad powrotem do sprawy, dla której przed pięcioma minutami gotów był mnie zabić. Był już porządnie zniecierpliwiony, a ja wcale mu nie pomagałem, zachowując się w taki sposób. Denerwowanie go było przyjemne do tego stopnia, że mógłbym to kontynuować w nieskończoność, obserwując jak na jego obliczu pojawia się zirytowanie, które sięga zenitu. Podsycanie tego płomienia nienawiści okazało się o tyle zajmujące, że nie potrafiłem z tego ot tak zrezygnować. Jego reakcja na moje słowa nie mogłaby być inna. Potraktował to jak zniewagę, wyzwanie. Bezzwłocznie chciał udowodnić, że co do niego nie mogłem się bardziej mylić.
— Próbuj. — rzuciłem prowokacyjnie, nie mając zamiaru powiedzieć, że nigdy tak bym o nim nie pomyślał. W tej samej chwili przyciągnął mnie do siebie, a jego wargi ponownie wpiły się w moje z taką zawziętością, jakby pocałunkami pragnął wybić mi z głowy podobne myśli. I gdybym tylko rzeczywiście takie miał, to byłby w stanie mnie przekonać już samymi ustami. Ich kształt, to jak się nimi posługiwał, z jaką stanowczością spijał z mych warg tak naprawdę nieistniejące wątpliwości, to wszystko sprawiało, że niemal byłem skłonny żądać więcej i więcej. Podczas gdy skupiałem się na żarliwych pocałunkach, Einar próbował ściągnąć ze mnie ostatki pozostałych ubrań. Kiedy dolna część odzienia znalazła się na podłodze, mężczyzna przybliżył się jeszcze bardziej, aby za kilka sekund wejść we mnie z impetem. Ból zmieszał się z przyjemnością, głośny jęk wydostał się z moich ust, a palce, do tej pory pieszczące jego plecy, z równą siłą wbiły się paznokciami w skórę. Szybkie, ostre ruchy wcale nie pomagały uspokoić oddechu, który drżał, stawał się coraz krótszy i coraz bardziej słyszalny. Tempo, które narzucił było szalone i wyniszczające. Miałem wrażenie, że rozdziera mnie od wewnątrz swoją mocą i częstotliwością. Wiedziałem, że był już u kresu sił, że zaraz nie wytrzyma. Czułem całym sobą jego naglącą potrzebę, chęć natychmiastowego zaspokojenia gnębiącej go żądzy. To było dla mnie za wcześnie, za szybko, miałem za mało czasu na rozkoszowanie się tą chwilą. Moja głowa opadła do tyłu, a ucisk paznokci na jego plecach gwałtownie wzmógł, gdy we mnie doszedł. Uspokajałem swój nierówny oddech, gdy Einar zaczął muskać dłońmi moje ciało. Byłem tak potwornie podniecony, że w głowie dudniła mi tylko jedna myśl. Chciałem jeszcze. Jeszcze. Jego słowa były tak trafne, że aż bolały.
— Nie znoszę Cię. — sarknąłem, sunąc dłonią wzdłuż jego torsu, by wnet chwycić w palce podbródek i unieść go agresywnie do góry. Niedługa chwila niepewności co dalej, wbite spojrzenie, nieodgadniony wyraz twarzy. Nachyliłem się nad nim, aby móc objąć ustami jego dolną wargę, na której dosłownie kilka minut temu pojawiła się niewielka ranka. W tym samym czasie dosiadłem go wzdychając ciężko, prosto w jego usta. Zacząłem się poruszać, jednakże tym razem wolniej, spokojniej, aby móc czerpać przyjemność z każdego ruchu. Moment delikatnej pieszczoty jego wargi został przerwany, gdy nieuważnie mocniej chwyciłem ją zębami sprawiając, że ponownie zaczęła krwawić. Lekko ją zassałem, tym samym pozbywając się wypływającej ze skaleczenia czerwonej cieczy, wnet ponownie się wyprostowując, aby kontynuować. Rękoma wsparłem się o jego wyrzeźbiony brzuch, nie mogąc już wytrzymać tych fal gorąca, które zalewały moje wnętrze przez jego duży, pulsujący członek.
— Einar... — jęknąłem prawie błagalnie, spoglądając na niego swoimi piwnymi tęczówkami. — Chcę więcej. — zadrżałem, przygryzając kącik ust.



Z dołu miałem widok na praktycznie całe jego ciało, na wszystkie wgłębienia, linie mięśni i blizny. Moje oczy nie miały go dość, z resztą nie tylko one… Czułem jak moje krocze paliło, jak członek drżał z pożądania i niecierpliwości. Mimo to próbowałem zachować spokój i poczekać, wpatrując się w ociekającą seksem twarz bruneta, w jego żarłoczne oczy, które chciały dokładnie tego samego, co ja. Chociaż spędziłem z nim już jedną upojną noc, mimo że goniłem za nim z chęcią mordu nadal nie mogłem go całkowicie odczytać. Zresztą, to nie moja rola. Moją było przystosowanie się do jakiekolwiek sytuacji, nawet tej najbardziej nieprawdopodobnej i wykorzystanie jej na swoją korzyść. Tak było właśnie teraz, bo byłem niemal pewny, że snajper zechce bez skrępowania wejść we mnie… - Wiem- uśmiechnąłem się krzywo, słysząc jego stwierdzenie.
Mimowolnie przymknąłem oczy, gdy zaczął bawić się moimi wargami, a kiedy zaczął powolnie poruszać biodrami nie sposób było zdusić w sobie jakiekolwiek westchnięcia. Ponadto robił to wszystko wolno i spokojnie, sprawiając mi taką przyjemność, która rozpalała całe moje ciało i zaćmiła wszelkie myśli. Miałem wrażenie, jakbym co sekundę miał dotrzeć do błogiego stanu, lecz to nigdy nie okazywało się właśnie tym. Jedynie słodką torturą, na skutek której nie byłem w stanie w pełni oddać jakiegokolwiek pocałunku. Czułem się jak w saunie mimo otwartego okna i padającego deszczu na zewnątrz. A może to mnie szumiało w uszach…
Błądziłem rękoma po jego plecach, ciepłej skórze i napiętych mięśniach, dopóki nie uniósł się z wyrazem twarzy i z wypowiedzeniem słów, które zadziałały niczym tabletka pobudzająca… Albo i lepiej. Niemal od razu uniosłem górną partią ciała, porzucając pogniecioną pościel za sobą, oplatając ręce na jego biodrach i poruszając swoimi w nieznacznie szybszym tempie. Podbródek wylądował na jego ramieniu, jakbym chciał przeczekać nagły przypływ gorąca na mojej twarzy. Zamiast tego uniosłem lekko głowę, by po chwili przygryźć jego płatek ucha…
- Nie rób takiej miny… - wychrypiałem, mrużąc nieznacznie oczy – Bo mam ochotę z powrotem cię przykuć i sprawić, że na drugi dzień nawet nie poruszysz tyłkiem- dokończywszy, zacząłem śledzić ustami linię jego szczęki, by tuż po chwili ponownie wessać się w jego usta, gniotąc drapieżnie jego wargi i porywając język w żarłoczny taniec. Moje dłonie zjechały na jego pośladki, przerywając jakikolwiek ruch bioder z mojej strony, bym po chwili uniósł się z brunetem i zmienił naszą pozycję o sto osiemdziesiąt stopni. Sprawiłem, by ułożył swoje nogi na moich barkach, zaś ręce położyłem po obu stronach jego brzucha, by w następnym momencie wbić się w niego równie mocno, co wcześniej. Za każdym razem robił minę, która podnosiła mojego penisa do pionu nawet, kiedy miałem już wrażenie że po prostu nie mam siły. Poruszałem się w nim szybko, tym razem kontrolując tempo i doprowadzając do płynnego tańca, prędko tracąc poczucie czasu. Nie mogłem jednak zignorować jego prącia, który naprężony, z każdym moim ruchem zahaczał o dolną partię mojego brzucha, który zaś w wewnątrz rozpuszczał się od gorąca. Za każdym razem to było równie niesamowite, co uzależniające, zaś instynkt ignorował wszelkie polecenia i rozsądek, podporządkowując się wyłącznie żądzy. Gdy byłem u kresu wytrzymania zacząłem pieścić jego członek w tym samym tempie i wpatrując się głęboko w jego niewyraźne oczy, próbowałem odgadnąć, kiedy był już u kresu wytrzymania. I chociaż intuicja nie była moją dobrą stronę, doświadczenie wręcz przeciwnie i to dzięki niemu zdołałem wytrysnąć w tym samym czasie, wydając z siebie jeden z najbardziej zawstydzających dźwięków w swoim życiu i odczuwając orgazm na całym ciele.


Posłuchał mnie. Niemal od razu poderwał się do góry, gotów do kolejnej, szalonej rundy. Zamruczałem z zadowoleniem, oplatając ręce wokół jego szyi, samemu wciąż się poruszając. Dotykał mnie w taki sposób, że nawet nie chciałem sobie wyobrażać jak żenująco musi wyglądać moja twarz. Jego słowa jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, natomiast ta groźba... Cholera, byłem przekonany, że pozwoliłbym mu na to. Co on ze mną robił? Nienawidziłem tego. Nienawidziłem tego braku kontroli nad swoim ciałem, gdy Einar był tak blisko. To powinno być karalne, zabronione. Po co on w ogóle to zaczynał? I czemu mu uległem? To było takie silne, że nie mogłem się temu przeciwstawić. Temu, jak bardzo chciałem czuć go całą powierzchnią ciała, każdym skrawkiem, wszędzie. Pochłonęły mnie jego usta, jego dłonie, sprawne palce bezlitośnie zaciskające się na mojej skórze, każdy dotyk, tak pewny i intensywny.
— Nie — sapnąłem, oblizując górną wargę — nie przestawaj. — dokończyłem, gwałtownie łapiąc powietrze. Czułem jak tonę w morzu przyjemności, jak przez jego pocałunki nie mogę złapać oddechu, jak płonę od każdego pchnięcia. To było niczym obłęd. Pragnąłem go tak okropnie, chociaż jeszcze przed momentem zabijałem go w myślach, czerpiąc satysfakcję z każdej boleśnie zadanej rany. Teraz jednak, boże, dopóki obchodził się ze mną w taki sposób nie miałem nic przeciwko temu, żeby żył. Jego mrukliwy, zachrypnięty głos brzmiał tak erotycznie, że każde jego słowo, nawet długo po wypowiedzeniu wciąż odbijało się echem gdzieś w głowie. I wtedy wiedziałem, że już po mnie. Czegokolwiek by ode mnie teraz zażądał, zapewne bym mu nie odmówił, nie będąc w stanie myśleć racjonalnie. Wszystkie myśli dotyczyły tylko jego, nie mogłem się od tego odciąć, skupić się na czymś innym. W tamtej chwili był tylko on. Jego ciało, swobodnie poruszające się w jednostajnym tempie. Moje westchnięcia przecinały powietrze, palce mięły prześcieradło, szarpiąc za cienki materiał, ciało wyginało się w łuk, za każdym silniejszym ruchem jego bioder, mój wzrok błądził po jego twarzy, chłonąc każdy szczegół jego idealnie zarysowanej szczęki, jego kości policzkowych, cudownie odurzonych, ciemnych oczu. I kiedy już czułem całym sobą jak dochodzę, jak od pieszczot pali mnie skóra, przyciągnąłem mężczyznę, ustami zduszając jego jakże głośny, podniecający jęk, który wnet ucichł całkowicie pod naporem mojego języka. Mógłbym się z nim pieprzyć na okrągło a i tak nie miałbym dość. Miałem wrażenie, że wszystko z nim jest dwa razy bardziej wyraźne i intensywne niż zazwyczaj, tak bardzo działał na moje zmysły, tak cholernie chciałem to kontynuować. To było dla mnie za mało, wciąż za mało, nie mogłem mu pozwolić na koniec, na przerwę. Wysunąłem się spod jego ciała, aby zaraz znaleźć się tuż za nim, wsuwając dłoń w jego włosy i ciągnąc go w swoją stronę, aby przylgnąć wargami do jego karku, na zmianę liżąc i gryząc ten podatny na każdą pieszczotę fragment ciała. W ślad za ustami powiodła wolna ręka, gdy zjeżdżałem nimi niżej, wzdłuż linii kręgosłupa, a każde z ugryzień pozostawiało swój ślad na jego skórze, piekąc bolesną słodyczą. Pchnąłem go z powrotem na prześcieradło, tym razem łapiąc za każdy z jego pośladków i naciskając na nie całą powierzchnią swoich rąk.
— Doigrałeś się. — mruknąłem, wchodząc w niego nagle, wręcz błyskawicznie. Mój każdy ruch był płynny a zarazem energiczny, wbijałem się w niego raz po raz, przygwożdżając do posłania i nie dając czasu na jakąkolwiek reakcję. Naciskałem paznokciami na jego skórę, odrywając dłonie jedynie po to, aby z głośnym plaśnięciem uderzyć w każdy z pośladków. I chociaż dominacja Einara wyjątkowo mi się podobała to nadal niezwykle trudno było całkowicie mu się podporządkować. Seks był swoistą walką, pokazem siły, umiejętności, górowaniem jednego nad drugim. Ciężko było nie zapatrywać się na to w taki sposób. Wyszedłem z niego dopiero w chwili, kiedy czułem, że byłem już blisko, aby obrócić go przodem do siebie przystawiając mój członek do jego, trąc jeden o drugiego i gładząc oba wewnętrzną stroną dłoni. Ręka zacisnęła się mocniej, w momencie, w którym wytrysnęliśmy, po wszystkim jeszcze przez krótką chwilę masując je po całej długości. Zniżyłem się trochę, aby móc przejechać dokładnie językiem po jego końcówce, tym samym usuwając nadmiar lepkiej substancji. Wtedy toteż wyprostowałem się, oddychając ciężko.
— Masz dość? — spytałem szeptem, odgarniając niezbrudzoną dłonią jego włosy do tyłu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 3:13 pm



To, że on w ogóle miał jeszcze tyle siły było godne pochwały. Bardziej dumny jednak byłem ze swoich pośladków, które dały radę wytrzymać napór, jakie zaserwowały im ręce Isaiasa… Gorzej z przeklętą chcicą, która na nowo przyćmiła mi mózg. Prawdzie mówiąc nawet nie próbowałem z tym walczyć, a będąc ustawiony naprzeciwko łóżka, zanurzyłem twarz w ciepłej, delikatnie wilgotnej pościeli, która po chwili zdusiła mój jęk, kiedy wszedł we mnie bez żadnych skrupułów. Zacisnąłem mocno usta, które po chwili ułożyły się w cienką linię, zaś oczy chciały wyjść z orbit. Jego przyrodzenie, choć widać było że nie należało do tych małych to cóż, okazał się dla mnie o wiele większy niż myślałem. Myślałem że zwariuję, a dysząc prosto w kołdrę powoli zaczynałem się obawiać, że się uduszę. Zdecydowanie byłaby to dosyć kompromitująca śmierć, o wiele bardziej niż bycie uśmierconym przez te pudła w magazynie. Kwestia kilkunastu sekund i podzieliłbym los Hanki Mostowiak…
Wszelkie myśli, te ironiczne i całkiem poważne rozproszyły się, a w głowie pozostała jedynie informacja, jak jego członek we mnie pulsuje, jak penetruje moje wnętrze, badając każdą tkankę, iż poczułem że moja prywatność została pogrzebana na wieki. Choć moje ciało do tej pory było uśpionym wulkanem, teraz się przebudzał, na taką skalę, iż wszelkie dotychczasowe doświadczenia i wspomnienia spaliły się, nie pozostawiając po sobie nawet popiołu. Teraz liczyła się jedynie ta chwila, w której jednocześnie pragnąłem pozostać na wieczność, czując tą wszechogarniającą ekstazę, z drugiej zaś strony pożądałem jego dojścia, sprawiając że zostałbym wzdłuż i wszerz oblany lawą. Kurwa, ile to już minęło? Pięć minut, czy już będzie świtać? Kurr, pieprz mnie, Isaias! Nawet nie mogłem tego wydusić.
Patrzyłem na nasze przyrodzenia tuż po tym jak mnie obrócił, a chwila z którą doszedłem uświadomiła mnie, że nie chciałbym być teraz w innym miejscu niż to. Teraz dokładnie sobie przypomniałem, bo chociaż w szpitalu dzień w dzień wyobrażałem sobie z rozkoszą jak go łamię, nie raz i nie dwa stawała mi przed oczami właśnie taka scena. Uśmiechnąłem się krzywo, gdy jego usta tknęły wrażliwą skórę mojego kutasa. Wiele razy wyobrażałem sobie, jak we mnie wchodzi, jak on podporządkowuje mi się po całości. To było chore, zdecydowanie popieprzone…
Wziąłem głęboki wdech, gdy uniósł głowę, zadając mi pytanie. Przez chwilę wpatrywałem się w jego oczy i kompletnie nie chciało mi się odpowiadać. Nie byłem pewny czy głos bez problemu przedrze się przez gardło i utworzy sensowną treść.
Przechyliłem się nieznacznie w jego stronę, układając swoje wargi na jego, spokojnie i wolno, lecz mocno, jakbym chciał wywrzeć sobie w pamięć smak jego ust, ich miękkości, ciepła, czy wilgoci. Wkrótce mój język wsunął się głębiej, lecz nadal jakby w zwolnionym tempie, przejeżdżając nim po szkliwie zębów i spotykając się z jego językiem dopiero wtedy, kiedy sam wstałem, unosząc również Isaiasa. Byłem zmęczony, a ciemnowłosy wcale tak mało nie ważył, dlatego nie bawiłem się w chodzenie zbyt długo. Wręcz błyskawicznie, na ile tylko pozwalał mój wigor, znalazłem się z nim przy parapecie, pośrednio go tam usadzając. Z okien ciągnął chłód, który nie miał szans pokonać gorąca, jakie tkwiło i truło moje ciało, było jedynie lekkim orzeźwieniem, dzięki któremu bez problemu przycisnąłem snajpera do szyby, dając mu odczuć zimną powierzchnię na rozpalonej skórze. Mój członek zaczął powolny spacer po wewnętrznej części jego uda, kończąc na kroczu, kiedy to moja twarz doznała przyjemności nie tylko przez całowanie go, ale i zimne krople z zewnątrz. Jego westchnięcia dudniły mi w uszach, zagłuszały deszcz, siebie praktycznie nie słyszałem, chociaż byłem pewien, że nie zdołałbym pozostać cicho. Uśmiechnąłem się lekko, odsuwając się na kilkanaście centymetrów i zniżając. Wysunąłem język, wpatrując się jego oczy i trąciłem nim żołędzia jego prącia, następnie dolną część trzonu i tak bawiłem się przez kilka sekund. Bo chociaż chciałem się pobawić Isaiasem z początku, teraz naprawdę pragnąłem jego kutasa w ustach… Shit.
- Jak spadniesz to koniec zabawy- mruknąłem bardzo cicho, szybko wyjaśniając zasady, by następnie zanurzyć jego prącie w sobie, zwilżyć swoją śliną, pieścić swym językiem i katować kontaktem ze swoim gardłem. Po krótkim czasie przyśpieszyłem, przymykając oczy i chwytając niezwykle delikatnie za mosznę, mając jednak nadzieję że…
Ktoś puka? Czy ktoś właśnie napierdala w drzwi? Jether? To było nazwisko Isaiasa? Nie mogli przyjść, jak go miałem zamiar torturować?
Uniosłem wzrok , czując jak mokre kosmyki błądzą po moim czole. Wyczekiwali go, wiedzieli już że coś jest nie tak… Nie przestawałem go ssać, jednak wyczekiwałem, co zamierzał zrobić.


Spodziewałem się odpowiedzi, zwięźle wyrażonej chęci kontynuowania bądź też jej braku, lecz zamiast tego dostałem coś o wiele bardziej przekonującego. Jego usta, leniwie napierające na moje, z prawdziwą pasją i zaangażowaniem były wystarczającym potwierdzeniem na to, że nie chciał jeszcze kończyć. Musiałem przyznać sam przed sobą, że ten pocałunek był cholernie gorący i ciężko było w tamtej chwili myśleć o czymkolwiek innym niż o jego wargach, które tak łaknęły moich. Dlatego też porządnie się zdziwiłem w chwili, w której poczułem jak mnie podnosi, a moje ciało traci kontakt z pościelą. Wbiłem w niego zaskoczone spojrzenie, nie bardzo wiedząc co zamierza zrobić, jednocześnie oplatając nogi wokół jego ciała i wczepiając dłonie w szerokie ramiona. Einar przeszedł przez pokój i wnet poczułem jak ląduję na parapecie, a mężczyzna całym sobą dociska mnie do zimnej szyby. Syknąłem, gdy plecy zetknęły się ze szklaną, nieprzyjemnie chłodną powierzchnią, na własnej skórze odczuwając jak duża jest to różnica temperatur. Jednakże szybko przestałem zwracać na to jakąkolwiek uwagę, w momencie kiedy znów we mnie wszedł. Z gardła wydobywały się krótkie, urywane westchnięcia i chociaż próbowałem to ograniczyć, tym razem zupełnie mi się to nie udawało. Kontrola nad własnym ciałem zazwyczaj przychodziła mi bez trudu, lecz przy nim... sprawiało mi to tak potworny problem, że przestałem poznawać samego siebie. W chwili, w której się ode mnie odsunął, a jego język przemknął po moim członku przełknąłem ślinę poruszony, jednocześnie ściskając dłońmi brzegi parapetu. Dalsze, coraz intensywniejsze pieszczoty sprawiły, że zacisnąłem zęby, a poddawana przyjemnościom skóra zaczęła płonąć odurzającym płomieniem. I wtedy jego usta przyspieszyły, a ja poczułem jak na nowo tracę nad sobą panowanie.
— Poczekaj — jęknąłem skołowany, opierając bezwiednie głowę o szybę. — Eina–ah... — westchnąłem, odrywając dłoń od parapetu i wędrując nią w stronę jego twarzy. Palce przejechały wzdłuż jego polika, opuszki gładziły ciepłą skórę, przemknęły przez jego wilgotne czoło, a skończyły na powolnym mierzwieniu włosów, wślizgujących się między palce.
I nagle – cały urok chwili poszedł się jebać. Ktoś uporczywie zaczął łomotać w drzwi, najwyraźniej chcąc stracić rękę, bo po tylu walnięciach z radością bym jej kogoś pozbawił. Ale wtedy usłyszałem swoje nazwisko, rozpoznając ten mocny, kobiecy głos, który przebijał się przez zamknięte wejście. Czekała na tyle długo, aby dojść do wniosku, że coś tu nie gra. Najprawdopodobniej barman wyśpiewał co widziały jego oczy, kiedy pomachała mu spluwą przed nosem i takim oto sposobem znalazła się tutaj. Uparta kobieta. Szkoda tylko, że trochę się nie pośpieszyła. Bardzo kurwa szkoda. Zawzięcie wpatrywałem się w tamtym kierunku, nie bardzo wiedząc co mógłbym zrobić, gdy wtem – zamek od drzwi został przestrzelony, a do pomieszczenia wparowała niska kobieta z burzą blond włosów. Na jej twarzy malowało się potężne zirytowanie, lecz w chwili, w której zobaczyła mnie... w takich a nie innych okolicznościach... zdenerwowanie ustąpiło miejsca takiemu szokowi, że gdyby lufa pistoletu nie była skierowana w moją stronę zapewne parsknąłbym śmiechem. Roztaczała wokół siebie aurę niewzruszonej i wydawałoby się, że nic nie ma na nią większego wpływu, a tu proszę. Kiedy fala oszołomienia minęła odchrząknęła znacząco, wbijając we mnie wyjątkowo wkurwione spojrzenie.
— Jether — odezwała się spokojnie, lecz wiedziałem, że jest to tylko cisza przed burzą. — Co Ty do chuja pana odpierdalasz?! — ryknęła, wymachując giwerą. Sam naraz poczułem jak wzbiera we mnie gniew, bo gdyby to babsko przylazło tutaj kilka minut wcześniej do tego by nie doszło. Odsunąłem się naraz od Einara, wstając na równe nogi, zupełnie nie przejmując się tym, że sterczałem przed nią całkiem nagi. W końcu co raz oczy widziały tego nie zapomną, więc co za różnica czy popatrzy na mnie pięć sekund czy pięć minut.
— Czekanie zaczęło mnie nużyć, więc postanowiłem znaleźć sobie zajęcie. — wyjaśniłem krótko, wzruszając ramionami. Zdałem sobie sprawę, że tłumaczenie jej, że groziło mi niebezpieczeństwo i przed momentem mężczyzna, który ssał mi drąga próbował zapierdolić go paralizatorem brzmi niezbyt wiarygodnie, więc wolałem przemilczeć tą kwestię. Poradzę sobie kurwa sam.
— Mam ochotę urwać Ci jaja — wysyczała przez zaciśnięte zęby, na moment przenosząc wzrok na wymienioną przez nią część ciała.
— Ty też??? — spytałem retorycznie, wędrując spojrzeniem do stojącego obok mężczyzny, który jeszcze niedawno w ten sposób próbował zmusić mnie do gadania.
Kobieta zabiwszy mnie oczyma co najmniej tysiąc razy odwróciła się na pięcie, wychodząc i zamykając za sobą drzwi z przeszywającym hukiem. Cała ta rozmowa była pozbawiona sensu, a gdyby potrwała jeszcze dłużej – całkiem niewykluczone, że pistolet kobiety wystrzeliłby w tym pokoju jeszcze raz, więc chwała jej, że polazła w cholerę. Westchnąłem ciężko, jak gdyby wymiana zdań między mną a Megan była paskudnie wyczerpująca, następnie odwracając się w kierunku Einara. Oblizałem dolną wargę, sięgając dłonią do jego twarzy, aby za moment zostawić na niej gorący, bolesny ślad.
— Idę pod prysznic, cwelu. — oświadczyłem ze słodkim uśmiechem, sięgając po leżące nieopodal ubrania i ruszając w stronę pomieszczenia obok. Po krótkim odświeżeniu się i błyskawicznemu ubraniu powróciłem do towarzystwa znienawidzonego sekskolegi–zabójcy.
— Mów co chcesz wiedzieć. Im szybciej Ci pomogę, tym prędzej się od Ciebie uwolnię. — rzuciłem, siadając w fotelu i bawiąc się pozostawioną na etażerce zapalniczką.




Lubiłem jak wymawiał moje imię ze swoim charakterystycznym akcentem, wykorzystując przy tym przeróżne dźwięki, jak chociażby to westchnięcie, które jeszcze na długo pozostało w mej głowie. Podobało mi się odkrywanie jego reakcji na dane sytuacje, jego wstrzemięźliwości, której nie posiadał, uważnie badałem jego najbardziej wrażliwe punkty, czując satysfakcję za każdym razem, kiedy takie odnajdywałem. Uwielbiałem się przypatrywać jak jego mimika twarzy się zmienia, w oczach odnajdywałem potwierdzenie na to, jak bardzo mu się to wszystko podoba, jak czasami po prostu nie pozostaje mu nic innego, jak poddać się chwili.
Dlatego chciałem zrobić jeszcze jedną rzecz… Jedną do końca, zanim nie wpadło tutaj to babsko. Odsunąłem się z pomrukiem niezadowolenia, kątem oka wpatrując się na jej zdezorientowaną twarz i lufę, prosto skierowaną do mnie. Przynajmniej do czasu, bo chyba dziunia się troszkę zapomniała i zaczęła dyskusję z… panem Jetherem, kierując na niego swoją broń. Ah ten nowoczesny flirt. Usiadłem na łóżku, nic sobie nie robiąc ze swojej nagości, w końcu mój mały drapieżnik nie był aż taki mały… I te jej maniery. No jak miło. A gdzie tu prywatność?
Ale koleżanka Isaiasa nie była chyba zwykłą panienką. Mając niewyparzoną japę, grożąc dobremu snajperowi i świecąc dużym biustem, prawdopodobnie D… no, może na przełomie z C w eleganckim kombinezonie, cóż, wydawała się całkiem niezłą dupką.
Urwać mu jaja? Ciekawe co potem z nimi zrobi. Ale jej wściekłość była zabawna i aż z zaskoczeniem musiałem stwierdzić że podobała mi się ich rozmowa. Jakby sobie do gardeł skoczyli to byłoby zajebiście. Jednak po chwili już było po wszystkim. Poszła. A szkoda, może bym jej coś zaproponował. W końcu mam dwie walizeczki do usług, uroczo prawda?
Westchnąłem, gdy znów zostaliśmy we dwoje, chociaż już właściwie było za późno. Opadł. Nie lubił hałasów, co poradzić…
Podłapałem spojrzenie ciemnowłosego, który językiem błądził po swojej wardze, która na nowo zaczęła mnie kusić. Miałem ochotę złapać ją zębami, nadgryźć, oblizać… I chociaż nigdy bym mu tego nie przyznał, snajper był jednym z niewielu od którego od samego patrzenia mógłby mi stanąć.
Moja twarz gwałtownie, niespodziewanie przechyliła się nieznacznie w bok, a ja dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, co się wydarzyło. Byłem byłym bokserem, takie uderzenie mógłbym porównać do załaskotania, jednak sam fakt wzburzył we mnie negatywne emocje i był powodem dla którego posłałem mu mordercze spojrzenie. On zaś odpowiedział uśmiechem i zadowolony z siebie, jak wieśniak z obfitymi plonami ziemniaków, ruszył w stronę łazienki. Bez zastanowienia klepnąłem go mocno w tyłek, by następnie podejść do stolika z whisky. Nadal była tak samo wstrętna, jak wcześniej, jednak tym razem do przełknięcia. Jak? Sukinsyn jeden wie. Usiadłem gwałtownie na fotelu, lustrując pomieszczenie w poszukiwaniu swoich ubrać. Ja pierdolę… Zwykły plaskacz zadziałał na mnie tak, jak nie powinien...
Kilkanaście minut później już ubrany, zerknąłem na ciemnowłosego, przygotowanego do odpowiedzi niczym uczeń, gotowy na każdą ocenę byle już tylko pójść do domu. Przymrużyłem oczy, patrząc na zapalniczkę. Ciekawe czy podpalił kiedyś budynek… Jeżeli tak to bym miał się w końcu z kim wymienić wrażeniami.
- Więc może na początek… Kim jest ta blondi? Jeśli takie macie w swojej organizacji to może i bym się przeszedł i włamał… Nawet złapanie nie wydaje się tak czarnym scenariuszem- mruknąłem, uśmiechając się krzywo.
- Chcę wiedzieć o każdym zabezpieczeniu, o kodzie, bądź jak je zdobyć i odblokować. Chcę wiedzieć o każdym fiucie, który pełni ważną rolę w zabezpieczeniach. O pułapkach i właściwie o wszystkim co w tej główce tam masz, a co będzie dla mnie potrzebne do przechwycenia kodu. Palisz?- spytałem, otwierając paczkę mentolowych Malboro.



— Uważaj, bo przez te snucia jeszcze dojdziesz. — skwitowałem jego słowa z półuśmieszkiem bezwiednie błąkającym się na wciąż zaczerwienionych ustach. — Megan. — wyjawiłem jej imię. — Ale nie sądzę, aby Twój pistolet zainteresował ją bardziej od tego, który przed chwilą trzymała w rękach. — spojrzałem na niego z ukosa, nie przestając samoistnie się uśmiechać. — Ale jeśli bardzo chcesz to mogę kiedyś zrobić jej znienacka kilka zdjęć i Ci je wysłać. Będziesz mógł fapać do woli. Oczywiście nie zrobię tego bez pomocy telefonu, więc mam nadzieję, że w tej kwestii się dogadamy. — podrzuciłem zapalniczkę do góry, posyłając mu wymowne spojrzenie. Wiedziałem, że Einar komórki mi nie odda, inaczej okazałby się skończonym idiotą, ale próbować nie zaszkodzi. Tym bardziej jeśli po drodze mogę go zjechać z góry do dołu.
Mężczyzna dopiero po chwili zaczął zadawać konkretne pytania, szczególnie to ostatnie było jak najbardziej na miejscu. Wzruszyłem niedbale ramionami, wychylając się nieco poza swój fotel, aby móc sięgnąć ustami do trzymanej przez niego paczki. Złapałem zębami najbardziej wysuniętą fajkę, powracając do wcześniejszej pozycji. Odpalana zapalniczka wydała charakterystyczny trzask a sekundę później niewielki płomień lizał końcówkę papierosa. Zaciągnąłem się porządnie, wypuszczając dym dopiero po dłuższym przetrzymaniu go w płucach.
— Łoooooooł, zwolnij koleżko. — mruknąłem, masując skroń palcami, w której nie trzymałem fajki. — Chyba nie sądzisz, że wszystko wiem. — "a nawet jeśli bym wiedział to bym Ci nie powiedział" aż chciałoby się rzec. — Ale ze mną pod ręką nie nawalisz, o to możesz być spokojny. — zapewniłem, podnosząc się z fotela. — Zabezpieczeniami zajmę się ja, a Ty... wystarczy, że użyjesz broni wtedy kiedy będzie trzeba. Nie ma w tym większej filozofii. — sarknąłem, powolutku przechodząc wzdłuż pomieszczenia i zatrzymując się tuż przed drzwiami, o które oparłem się plecami, niedyskretnie zerkając na znajdującą się na wyciągnięcie ręki klamkę.
— A więc teraz już tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że... nie możesz mnie zabić. Wiem, że jesteś w siódmym niebie. — prychnąłem, unosząc fajkę do ust.




Hm, cóż, po tak intensywnym wysiłku fizycznym raczej niemożliwym było dojście po samych snuciach… Wkrótce zdradził mi jej imię i pasowało ono wyjątkowo dobrze do zgrabnej kobiecinki, która zapewne już dawno opuściła ten budynek z intensywną rządzą mordu.
- Mówisz? Ja wiem, że blondynka ale chyba potrafi rozpoznać, który pistolet jest wart więcej uwagi…- mruknąłem kąśliwie, odstawiając szklankę z whisky i sprawdzając obecność wszelkich dokumentów i urządzeń. Właściwie to Isaias przypomniał mi o dosyć ważnej kwestii, którą niemal od razu postanowiłem załatwić. Wygrzebałem jego telefon, zdejmując jego klapkę i oddzielając baterię, by następnie uśmiechnąć się do snajpera z ostrzeżeniem w oczach. No jakiś on zabawny, powiedziałby kto…
- Preferuję real niż telefoniczne randevu- odpowiedziałem mu, pomimo że po niektórych spotkaniach i tak dostawałem różnorodne sesje, a jako że czasami przydałoby się docenić wysiłek innych to je przeglądałem… Co do niego... Czy wie wszystko? Na pewno nie, ale przecież lepiej wymagać więcej niż potem dostać zbyt mało. Podałem mu papierosa, by w następnej chwili odpalić swojego i zaciągnąć się ze znaną mi już przyjemnością. Przejechałem lewą dłonią po kilkudniowym zaroście, przyglądając się jego pewnej siebie osobie. Czy seks na zgodę rzeczywiście wszystko załatwiał, czy on tak z natury milutki? Musiałbym być idiotą aby uwierzyć, że jest taki chętny do pomocy i że niczego nie kombinuje… W jego oczach jednak nie było cienia strachu i nie uciekał wzrokiem… Czyli mam do czynienia z doskonałym kłamcą- cudownie. Niemalże jakbym znowu grał w tą gierkę prawda, czy fałsz, tyle że na odpowiedź musiałem poczekać o wiele dłużej. I niech aniołki Charliego mają go w opiece, jeśli okaże się ona fałszem. Westchnąłem, obserwując, jak niemalże przykleił się do drzwi. W tej chwili miałem przewagę, nie tylko dlatego że bez broni raczej miał ze mną kiepskie szanse, a również ze względu na znajomości. Akurat w ucieczce gościu jest dobry, dlatego należało się przygotować na każdą ewentualność. Gorzej będzie później, a to głównie ze względu na marne konsekwencje jego kapitulacji… Nie dało się tak po prostu odkryć jego słabych punktów.
Uśmiechnąłem się krzywo, jednocześnie wydychając ostatnią porcję dymu, zanim nie zgasiłem papierosa.
- Masz rację, nie mogę cię zabić. Jesteś mi... potrzebny- odparłem, poszerzając drwiący uśmiech i wpatrując się w Isaiasa wyzywającym wzrokiem.
- Nie wiem jak ty, ale ja proponowałbym się przespać. Kto wie, jak potoczy się misja, a nie wykluczam zarywania nocy- mruknąłem, ponownie ściągając z siebie ciemny podkoszulek i idąc w stronę łazienki. A niech próbuje skurwysyn wiać, mimo że go ostrzegałem…
W łazience pierwsze co zrobiłem to pozbyłem się baterii, traktując ją niczym martwą złotą rybkę, by następnie wejść pod prysznic. Po powrocie rzuciłem ciuchy na fotel zostawiając na sobie czarne bokserki.



On chciał iść spać? Tutaj? Teraz? Tak po prostu? Przy swoim wrogu, który choć przekonująco papla o przysłużeniu się sprawie tak naprawdę z chęcią wbiłby mu nóż w plecy? Postradałeś zmysły, koleś? Jeżeli są takie dni, w których niewskazane jest zmrużenie oczu to ten właśnie do nich należy. Może i byłem bez broni, a szanse na ucieczkę wynosiły mniej niż zero, ale hej, kto powiedział, że podczas snu chociażby nie uduszę go poduszką? Co prawda nigdy tego nie robiłem, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Kto wie czy to nie dzisiaj. Swoją drogą byłoby to całkiem zabawne. Naszprycowałem go nabojami, a wykończył go niepozorny, puchowy element pościeli. Bo w końcu zabija się sposobem, prawda? Co tam pistolet, co tam karabin, wejdziesz delikwentowi do łóżka i też wykituje.
Kto wie co stanie się dzisiaj jeżeli NIE zarwiesz nocy, pomyślałem, zachowując to jedynie dla swojej wiadomości. Milcząc obserwowałem jak mężczyzna ściąga bluzkę i rusza do łazienki. Niech Cię szlag za to ciało, chuju. Mogłeś być skurwielem nie z tej ziemi, ale wrzuty na Twój wygląd zawsze byłyby kłamstwem. Nienawidzę Cię przez to jeszcze bardziej. Zacisnąłem zęby na prawie wypalonej fajce, ze złością wypluwając ją na podłogę i depcząc podeszwą. Westchnąłem ciężko, odgarniając wilgotne po kąpieli włosy do tyłu. Ciekawe czy ta menda mówiła prawdę o czających się wewnątrz budynku wspólnikach w zbrodni, czy była to zwykła, manipulacyjna gadka. Złapałem za klamkę, powoli uchylając drzwi. Korytarz świecił pustkami, na schodach również nie dostrzegłem żadnego ruchu. Może wszyscy obstawiali wyjścia? Zamknąłem cicho drzwi postanawiając nie kusić losu i liczyć na szczęśliwy traf. I tak się od gnoja uwolnię, kwestia czasu. Dosłownie kilkunastu, kilkudziesięciu godzin. Skrzywiłem się pod nosem. Tyle będę musiał wytrzymać z tym wkurwiającym cwaniaczkiem. O ile rzecz jasna prędzej coś mu się nie stanie. A wiadomo, różnie to bywa.
Wzrokiem powędrowałem nagle w kierunku dwóch walizek, które Einar przytargał tutaj ze sobą. Czyżby...? Ruszyłem w ich stronę, co chwilę rzucając spojrzenie drzwiom od łazienki. Przystanąłem tuż przed nimi, szybko sprawdzając zapięcia. Przeliczyłem się krótko mówiąc. Facet musiałby okazać się roztargnionym debilem, żeby nie zadbać o tak ważną rzecz jak broń, którą równie dobrze teraz mógłbym wykorzystać przeciwko niemu. Mój wzrok nawet na chwilę nie zatrzymał się na wyciągniętych przez niego narzędziach, które nadawały się co najwyżej do maltretowania czyjegoś chuja. Zazgrzytałem zębami. No nic, trzeba będzie poczekać. Odsunąłem się od walizek w tym samym momencie, w którym Einar zdecydował się wyjść z łazienki.
Wizja spania z nim w jednym łóżku nie była przyjemna, nie uśmiechało mi się dzielenie posłania z kimś, kogo nie znoszę, ale na pewno nie zamierzałem przez to kończyć na fotelu albo na podłodze. Takiego wała. Ściągnąłem z siebie ciuchy, podobnie jak on, pozostawiając na sobie jedynie czerwone ( ʘ ͜ʖ ʘ ) bokserki i wślizgnąłem się do łóżka.
— Jak znajdziesz się na mojej połowie to marny Twój los. — rzuciłem hardo.




Po rzuceniu ciuchów na fotel spojrzałem uważnie na Isaiasa, sekundę później zaś w głowie zaalarmowała mi głośno myśl, że on nadal jest moim wrogiem, niebezpiecznym, nieprzewidywalnym chujem i prawie nagim wcieleniem zła z oczojebnymi bokserkami, które aż się proszą. Zirytowany podszedłem do okna, by rozejrzeć się mniej więcej po okolicy, aktualnie świecącej pustkami. No może prócz dwóch jełopów, którzy pijani właśnie zmierzali dać sobie wpierdol zapewne za jakieś durne oszczerstwa. Oh, i byłbym zapomniał o Gracy, wiernie pilnującej popularnej, wschodniej latarni dzielnicy Upper East Side, która odziana w swoje sławne pończochy i ledwo zakrywająca tyłek kieckę czekała na swojego opiekuna na dzisiejszą noc. Czyżby jej się nie powodziło, czy to może ona zaczęła być bardziej wybredna? Cóż, takie czasy, że nawet kurwy się wysoko cenią. Jakże kobiety potrafią być irytujące.
- Te, panienko, spróbuj chrapać to Ci chuja zawiążę koło gardła- parsknąłem do niego, odgarniając brązowe włosy do tyłu i zastanawiając się nad planem działania. Miałem swój czas na trochę zapomnienia, ale to za trudne zadanie aby liczyć jedynie na swoje jebane szczęście i umiejętności fizyczne. Ruszaj się mózgu, ruszaj. Czy ja aby o czymś nie zapomniałem? Ziewnąłem, nie dając po sobie poznać, że coś zaprząta mi głowę i podszedłem do walizek. Wziąłem obie, by je przesunąć w mniej widoczne miejsce, bo walały się niczym skarpetki w moim domu… I właściwie po to, by odblokować mały sejfik po cichu, otworzyć jedną z nich i wyciągnąć konkretne narzędzie.
Jeśli ktoś by powiedział, że wszystko da się zaplanować i bazować na zdrowym rozsądku to by się ktoś grubo przeliczył. Oczywiście, do pewnego momentu jest to skuteczne i przede wszystkim bezpieczne, ale by zajść daleko, zdobyć coś bezkonkurencyjnie i szybko należy ponosić ryzyko i liczyć na swoje mniej czy bardziej zjebane szczęście. Otóż nie byłoby miło, gdyby Isaias mi przez te dziesięć minut umknął z pokoju, bo chociaż byli ludzie odpowiedzialni do pilnowania tego konkretnego gościa i w razie czego do zatrzymania go… Cóż, nie wiem czy daliby mu radę i czy by w ogóle go rozpoznali, biorąc pod uwagę ile minęło już godzin… Dupki pewnie się zabawiają po kątach, myśląc że robota idzie pomyślnie lub snajper jest już u boku Hadesa. Nawet nie wiem ile razy przy nich wspomniałem, że skurwiela zmiażdżę i ubiję. Cóż.
Kilkanaście sekund zajęło mi zamknięcie walizki i podejście do Isaiasa, który z pewnością się tego nie spodziewał. Instynktownie jego ochrona dłońmi tylko ułatwiła mi szybkie uchwycenie jego nadgarstka w jedno z kajdanek, zaś drugą połową zapiąłem sobie na swojej ręce. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu sam bym nie uwierzył, że coś takiego zrobię. Uśmiechnąłem się do niego krzywo, zwiastując interesującą noc, podczas której już nie pomyśli o zniknięciu.
Siedziałem na skraju łóżka, kiedy niemo poruszyłem ustami w słowo „dobranoc”, następnie zgasiłem lampę i można by rzec, że przeskoczyłem szatyna, znajdując się zaraz na drugiej połowie łóżka. Ułożyłem się wygodnie na brzuchu, kładąc jedną dłoń pod zimną poduszkę, by następnie przymknąć oczy. Jego obecność obok mnie raczej uniemożliwiała mi spokojnego snu. Tyle tylko, że bardziej martwiłem się o swoją (nie)moralną część, niż o swoje bezpieczeństwo... Jego charakterystyczny zapach, wraz z wonią papierosów i jego perfum sprawiły, że raczej niedługo leżałem z opuszczonymi powiekami. Oczy zdążyły się już przyzwyczaić do panującej ciemności. Śledziłem spojrzeniem po jego łopatkach, mięśniach ramion, po szerokich barkach. Oblizałem wargi, ponownie zamykając oczy, by po kilku sekundach znowu je otworzyć. Jak ja go nienawidziłem. Moje ciało wręcz odwrotnie... Skutą dłoń pozostawiłem nieporuszoną, zaś drugą uwolniłem z łask podduszania poduszką i delikatnie, jakbym robił to jakimś listkiem, sunąłem palcem po jego linii kręgosłupa aż do lędźwiowego odcinka. Nawet nie bardzo wiem czemu, na mojej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. Przysunąłem się do Isaiasa, wkraczając tym samym na jego część, sunąc powolnie ustami po jego górnej części pleców aż do szyi, którą delikatnie nadgryzłem.
- Czy mój los... Będzie marny?- szepnąłem do jego ucha, dotykając go kolanem w udo.


— Ciągle coś byś robił z moim chujem... Rozumiem, że to zboczenie zawodowe? — zakpiłem wbijając łokieć w poduszkę i opierając podbródek na zwiniętej pięści. Nie wiedziałem czy to zakrawało już o jakąś niebezpieczną obsesję, ale w tej krótkiej chwili naprawdę chciałem chrapać przez sen, tylko po to, żeby sukinsyna wkurwić. Uprowadza mnie, wiąże, grozi zamęczeniem kutasa i wciąż czegoś ode mnie żąda. Chyba nie sądzi, że po takim teatrzyku wszystko pójdzie jak z płatka? Uprowadziłeś złego gościa, Einar. Bardzo, bardzo złego gościa. Wkrótce się przekonasz, jak paskudnie sobie przejebałeś, ale na razie... ciesz się słodkim snem. Być może ostatnim spokojnym w Twoim życiu.
Przekręciłem się na bok, tym samym odwracając plecami do wciąż krzątającego się po pokoju mężczyzny. Chociaż nie było po mnie tego szczególnie widać, to chętnie bym się zdrzemnął. Bądź co bądź straciłem dzisiaj trochę energii, a i wytrzymywanie z tym gnojem bez próby przypierdolenia mu czymkolwiek co jest pod ręką okazuje się bardzo męczące dla mojego organizmu.
Poderwałem się z miejsca w momencie, kiedy nad uchem usłyszałem podejrzanie brzmiące szczęknięcie metalu. Zanim zdołałem się zorientować co się właściwie stało, na moim przegubie pojawiła się lśniąca obręcz kajdanek. Uniosłem na niego zdegustowane spojrzenie, pełne złowróżbnej energii. Spodziewałem się, że nie pozwoli mi zasnąć bez żadnego zapewnienia swoich rozedrganych myśli, że na sto procent nie będę chciał dać dyla, ale wciąż ciężko było mi to zaakceptować. Kiedy już myślałem, że druga z obręczy obejmie ramę łóżka, z zaskoczeniem zobaczyłem jak ta z brzękiem zakleszcza się na nadgarstku Einara. No ładnie. Bo już nie wystarczył mu fakt, że będziemy spać w jednym łóżku. Chciał nas jeszcze bardziej połączyć. Sorry Einar, ale chyba już wolę łóżko. Łóżko przynajmniej nie chce mnie pozbawić genitaliów. Na niemo wyszeptane "dobranoc" zareagowałem ostentacyjnym prychnięciem, starając się za bardzo nie pokazywać jak w środku trzęsłem się ze złości i z jaką ochotę przegryzłbym mu tętnicę. Wytrzymaj Isaias, potraktuj to jako test na umiejętność panowania nad gniewem. Pokaż jak dobrze Ci to wychodzi. Wypuściłem powoli powietrze z płuc, zduszając wewnątrz siebie chęć rzucenia się na niego ze stojącą na komodzie lampą. Wyciszyłem się i w końcu zamknąłem oczy, aby wreszcie zasnąć. Z całą mocą starałem się ignorować fakt, któż to leży obok. Będąc odwróconym plecami nie widziałem go i pod tym względem było to bardzo pomocne.
Kiedy sen już zaczął wkradać się do mojego umysłu subtelny dotyk ciągnący się przez mój kręgosłup momentalnie mnie rozproszył. Co on wyra-? I wtedy poczułem jak jego ciepłe usta przylegają do skóry na moim karku, a ja próbuję udawać, że to nie jest tak bardzo przyjemne jakby chciał, żeby było. Wargi zmierzają wyżej, każdy kolejny pocałunek sprawia, że mam ochotę na powtórkę z naszej zabawy, wreszcie usta zatrzymują się na szyi, a zęby łagodnie wbijają się w skórę.
— Nhhh — westchnąłem w poduszkę, nie panując nad reakcjami swojego ciała, któremu bardzo pasował taki stan rzeczy. Kurwa. Pytanie było tylko takie – po cholerę on to zrobił?
Einar przysunął się, aby zaraz częściowo na to odpowiedzieć. Ach, więc tak. Nie tylko ja lubiłem grać na nerwach. Odwróciłem się w jego stronę, początkowo jedynie mierząc go wzrokiem, w którym kotłowała się niechęć, podniecenie, złość i niedosyt. Chwilę później wsunąłem pod kołdrę dłoń, odnajdując nią krawędź jego bokserek, którą złapałem i niedelikatnym, stanowczym szarpnięciem przyciągnąłem go jeszcze bliżej siebie. Ta sama dłoń prześlizgnęła się w górę do jego twarzy, a usta musnęły jego. Język przejechał po ciepłych wargach a zęby drapieżnie zahaczyły o ich delikatną strukturę. Wtargnąłem nim do środka, to pieszcząc wewnętrzną stronę polika, to znów z dzikością zajmując się jego językiem. Oderwałem się dopiero po dłuższej chwili, patrząc na niego z wyrzutem.
— Będzie, jeśli nie dasz mi zasnąć. — odpowiedziałem, oblizując kącik ust i odwracając się z powrotem do niego plecami. Masakra człowieku, przestań mnie prowokować. Jakbyś się jeszcze nie domyślił, że nie mam silnej woli...






Tak, niby sam zacząłem z nieodpartą chęcią go przed snem rozdrażnić, jednak nie mogłem przyznać, że to wszystko nie wznieciło mojej chęci powtórzenia zabawy. Czy to wcześniejsza surowo przestrzegana wstrzemięźliwość, czy zapach żelu pod prysznic… Nie mogłem powstrzymać ust, które wygięły się w szerokim uśmiechu, kiedy tylko usłyszałem jego westchnięcie, które bezskutecznie próbował schować w poduszce. Nie zignorował tego, choć właściwie czegoś takiego się spodziewałem- totalnej olewki. Sam nie wiem co bym wtedy poczynił: kontynuował, powrócił na swoją stronę, czy pozostał w obecnej pozycji, która mimo wszystko była naprawdę wygodna. Spojrzałem w oczy Isaiasa, będąc rozbawiony ale i również skupiony, gdyby przypadkiem sukinsyn zechciał coś odpierdolić. Nie zdążyłem zareagować na jego ruch, przez który znalazłem się jeszcze bliżej ciemnowłosego, czując niemal jego skórę na swojej i ciepło bijące z jego ciała. Nie wiem czy zdawał sobie sprawę, iż nie nosiłem ubrań z grafenu, czy ze stali i że z jego siłą szwy łatwo mogły pójść w pizdu… Najwyżej by się użerał potem ze świadomością, że leży koło wolnego zwierza. Poczułem delikatny dotyk jego ust na własnych wargach , a ja nie miałem zamiaru sprzeciwiać się pogłębionemu pocałunku. W tak prosty sposób można było wywołać u mnie doznania, które bez wątpienia mogły uzależnić każdego. Odpowiedziałem na jego ruchy, siłując się namiętnie z jego językiem i stawiając sobie pytanie w myślach: „ co zamierza?” Wkrótce przerwał, posyłając w moją stronę niemal ostrzegające spojrzenie, po którym odwrócił się do mnie plecami. Buziak na dobranoc? Heh, jakże ma szczęście, że był do mnie przypięty, inaczej nie mógłbym zagwarantować, że nie znalazłby się na podłodze… Oblizałem wargi, zapamiętując smak pocałunku, by następnie odwrócić się w swoją stronę i ułożyć w miarę wygodnej pozycji.


Siódma zero jeden nie była moją ulubioną porą do wstawania, szczególnie kiedy budzisz się całkowicie odkryty, podczas gdy twój koleżka przywłaszczył sobie kołdrę niczym VIP i wielki książę od siedmiu dup. Spojrzałem na niego spode łba, czując jak poranny chłód zapowiada mi cudowny dzień. Mimo że miałem ochotę mu zaserwować orzeźwiającą pobudkę, po cichu wyciągnąłem spod prześcieradła mały, metalowy kluczyk, by następnie uwolnić się z kajdanek, nie pozostawiając Isaiasa oczywiście bez opieki. Kiedy skułem go do łóżka, mając w nosie, czy się obudzi, wstałem z ogrzanej pościeli, mierzwiąc jeszcze bardziej potargane włosy. Złapałem wczorajsze ubrania, nie powstrzymując się od ziewania i zmierzyłam ku łazience, czując nieposkromioną potrzebę odlania się. Z naturą nie wygrasz.
Po kilkunastu minutach szykowałem wszystko do wyjścia, przegrzebując walizki i zaopatrując się w wierny Desert Eagle, którego grzechem było nie mieć przy sobie. Przejrzałem wiadomości w komórce, upewniając się, że pora niedługo wyjść. Zerknąłem na Isaiasa, który od pewnego czasu już nie drzemał, a był widocznie zirytowany jego sytuacją przykucia do łóżka. Deja vu z wczoraj? Nie potrzebowałem przeszukiwać jego ubrań, bowiem każdą niebezpieczną broń pozbyłem się przed jego wczorajszym przebudzeniem z naćpania tabletkami. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, by następnie poddać się krzywemu uśmiechu, który wkradł się na moją twarz. Przybliżyłem się do stojącego w rogu kwiatka, z którego wyciągnąłem mały, czarny chip, który do tej pory idealnie kamuflował się z ciemną, suchą ziemią. Że też ten kwiatek jeszcze żył…
Podszedłem do ciemnowłosego, uważnie pokazując mu małe urządzenie, które mogło o wiele bardziej zadecydować o potoczeniu się przyszłych spraw.
- Nie wiem czy rozpoznajesz… Ale chciałbym abyś wiedział, że nie będzie mi się chciało ganiać za Tobą oczu non stop ani zakuwać w kajdany. Twoja blondi też nie wiem czy jest dla ciebie warta tej całej sprawy, jednak… Jak myślisz, co powiedziałby szef, gdyby usłyszał nagranie jak decydujesz się pomóc wrogowi? Że jesteś gotów zdradzić i nic cię nie obchodzi byle byś obronił swoją egoistyczną dupę, hę?- mruknąłem, mając nadzieję, że zrozumiał wszystko, bowiem drugi raz powtarzać nie miałem zamiaru. Tuż po tym schowałem chip w odpowiednie miejsce do walizki, obie zamknąłem i odstawiłem pod ścianę. Przez okno widziałem jak w pobliżu parkuje czarny Chevrolet Camaro i wtedy właśnie uznałem, że czas odpiąć przyjaciela.
- Wyjdziemy tylnym wyjściem. Z nimi spotkać się nie możemy, są przy stałej obserwacji- wyjaśniłem pokrótce, możliwe że uprzedzając jego pytanie. Przymrużyłem oczy, obserwując ich z góry, jak jeden po drugim wysiada niczym gangsterska grupa. Aktualnie w tym miejscu działo się zdecydowanie zbyt wiele rzeczy, przechodzące najmniejsze pojęcie władzy, jednak doskonale wiedziałem, że dopiero co przybyli goście byli zawodowcami od odwracania uwagi. Sięgnąłem po swoją skórzaną kurtkę, chowając w niej dokumenty i telefon, by następnie zerknąć, czy Isaias był gotowy. Wskazałem mu ruchem głowy by wyszedł pierwszy, bowiem nie trudno mi się dziwić, nadal mu w choć minimalnym stopniu nie ufałem.
Tak jak wspomniałem, wyszliśmy tylnym wyjściem, unikając możliwej kontroli i przede wszystkim kamery, by następnie wsiąść do niepozornie wyglądającego srebrnego Audi i odpalić silnik.
- Zamiast uroczo słuchać muzyki może mi opowiesz trochę o twojej organizacji? No wiesz, coś bardziej przydatnego niż to, co wam serwują na lunch- mruknąłem, odpalając radio. Po zaledwie kilku kilometrach zatrzymałem się przy okienku Mcdonalda. Nie było czasu na rarytasy i miałem nadzieję, że chłop wydziwiać nie będzie, bo w sumie jeszcze wczoraj mógł jeść już tylko ziemię.
- Masz ochotę na sałatkę z sosem sałatkowym, czy jabłko z truskawkowym szejkiem?- spytałem złośliwie, wpatrując się wyczekująco w jego brązowe oczy.






Obudziłem się w momencie kiedy Einar niby to niepostrzeżenie wysmyknął się z pościeli niczym zawodowy ninja, sądząc, że nic nie usłyszę. Tym bardziej jak gmerał tym pierdolenie małym kluczykiem w kajdankach, żeby się ode mnie wreszcie odczepić. I... żeby na nowo przykuć mnie do łóżka, jakżeby inaczej. Kurwa, wyjdźmy już stąd, bo zaraz szału dostanę. Szarpnąłem skutą ręką pod wpływem buzujących wewnątrz mnie emocji, czego od razu pożałowałem. Opuchnięty po wczorajszym szarpaniu się z więzami nadgarstek zaczął uciążliwie piec, pulsując mało przyjemnym bólem. Zacisnąłem szczęki, aby jakoś przełknąć tą falę zdenerwowania jaka przepłynęła przez moje ciało, a przez którą mógłbym mieć raczej mało potrzebne, dodatkowe problemy. Oparłem głowę o ramę łóżka, czekając aż ten rządzący się gnojek tutaj wróci. I wrócił. Szpanując firmowym dyktafonikiem i grożąc donosem na mojego szefa. Ty niedobry, Ty lisie.
— Zapewne od razu wychłostałby mnie po tej egoistycznej dupie. Może nawet pozwoliłby Ci postać z boku i sobie popatrzeć. — prychnąłem kpiąco, nie ukrywając jak zapatruję się na tą jego pogróżkę. To było śmieszne. Liczyłem, że obejdzie się bez podobnych zagrywek, ale no właśnie, wygląda na to, że się przeliczyłem. Oj Einar, jak szybko tracisz w moich oczach.
Facet zabrał urządzenie, skrupulatnie chowając je do walizki i zaraz później oznajmiając przybycie reszty kutasów. Wtedy toteż mnie odpiął, czekając aż doprowadzę się do porządku. Wciągnąłem na siebie ciuchy, tym razem oszczędzając mu irytujących komentarzy, bo jeszcze idiota wypchnąłby mnie z pomieszczenia w samych bokserkach. Nie to, żebym wstydził się własnego ciała, ale wolałbym uniknąć przemierzania ulic w takim stanie. Miałem wyjść jako pierwszy, jakby facet obawiał się, że wkraczamy na pole minowe i w każdej chwili może położyć nogę w złym miejscu. Ruszyłem przodem, po drodze mijając podłużne, miejscami popękane lustro, w którym mignęła mi moja twarz, na której połowie rozlał się nieszczególnie interesująco wyglądający siniak. Mojej uwadze nie umknęły również ślady zębów, które okraszały mi szyję po tym... wszystkim. Westchnąłem cichutko, zerkając przez ramię do tyłu.
— Chwila w Twoim towarzystwie i wygląda się jak siedem nieszczęść. — zacmokałem niezadowolony. — Obyś żoneczkę traktował lepiej. Inaczej ucieknie z jakimś Hulio, a Tobie nie zostawi nawet karteczki pożegnalnej. — oświadczyłem, wychodząc wreszcie na zewnątrz budynku, którego do końca swojego życia będę mieć dość. Chyba tylko siłą mnie tu sprowadzą z powrotem. Innej opcji nie biorę pod uwagę. Wsunąłem się do wnętrza samochodziku swojego lubującego się w okładaniu po ryju porywacza i po chwili ruszyliśmy w podróż do... no właśnie, nie mam pojęcia nawet kurwa gdzie. Mężczyzna próbując jakoś zagłuszyć tą przejmującą ciszę zaproponował abym przybliżył mu obraz miejsca mojej potępieńczej działalności, nie pozwalając rozkoszować się muzyką jaka dobiegała z minigłośniczka. Wokalne popisy Britney Spears wprawiły mnie w dobry nastrój, więc nie niszcz tego Einar, nie niszcz.
— Co by tu dużo opowiadać — wzruszyłem ramionami — wszystko jest takie samo jak w Twojej organizacji tylko co najmniej dwa razy lepsze. Więcej strażników, kamer, czujników, więcej bitej śmietany na firmowych galaretkach w kafejce i większa wypłata. — uśmiechnąłem się subtelnie, posyłając mu krótkie spojrzenie. Mężczyzna zatrzymał się przed okienkiem fast-fooda dając mi iście zagwostkę. Cóż za ciężki wybór.
— Rozpieszczasz mnie. Myślałem, że zaproponujesz mi olej z dziesiątej tury smażenia na nim frytek. Jakiś Ty hojny. — westchnąłem, przykładając rękę do piersi, udając szok i wzruszenie. TY PIEPRZONY OPRAWCO, chociaż zamówiłbyś mi coś normalnego. Nie musimy się kochać, ale jedzenie to ważna rzecz! Jak ja mam pracować bez odpowiedniej dawki węglowodanów, co?





- Dziesiątej tury? Matka nie nauczyła cię oszczędzać?- odparłem, oskarżając go o totalne marnowanie jedzenia. Takich rzeczy nie można było wybaczyć nawet jeśli jest się seksownym zabójcą o jędrnym tyłku. Przekląłem siarczyście w myślach, odwracając od niego głowę, by następnie przenieść wzrok na pracownika restauracji. Skrzywiłem się. To był błąd. Wielki błąd. Widok tego dziewiczego wąsika na szczenięcej twarzy poruszył moje poczucie estetyki, a nie powiedziałbym że jestem jakimś wielkim czyścioszkiem. Czy nie wiedzą, że niestaranne zatrudnianie małolatów może wpłynąć na apetyt klienta? Gdyby nie to, że moim jedynym posiłkiem od kilkunastu godzin była jakaś kiepska whisky i gdyby nie ten wieczorny, wczorajszy trening ciała bardzo możliwe, że bym stąd odjechał.
Zamówiłem dwa kubełki skrzydełek z frytkami, by mimo wszystko pogrążyć się w myślach, przypominając sobie słowa szatyna na korytarzu, które, z pewnością nie wiedział jak bardzo, mnie dotknęły. Tak bardzo, że musiałem się powstrzymywać od zasadzenia mu porządnego kopa, nie tylko ze względu na chwilowe zachowanie z nim neutralnych stosunków, ale również przez paradującą kobiecinę w stroju sprzątaczki. Oparłem łokieć o otwarte okno, by następnie przejechać dłonią po lekko zarośniętym podbródku. Nie żebym traktował ją źle, ale z tym Hulio sukinsyn trafił celnie.
- Oto pana zamówienie, należy się…
- Masz i za resztę kup sobie golarkę. Albo wosk, co tam teraz młodzież woli...- mruknąłem, odbierając żarcie, by następnie rzucić paczkę na kolana Isaiasa i z impetem ruszyć prosto przed siebie, z pewnością nie traktując gazu delikatnie.

Moje pytanie o jego firmę nie było bezpodstawne, bo chociaż odpowiedź Isaiasa bazowała na zirytowaniu mnie, wątpiłem by jego organizacja przypominała tą moją. Wcale nie zdziwiłbym się jeśli wyglądałoby to mniej więcej tak, jak opisywał. Takie to wszystko mogło być poukładane… Znane… Ciekawe jakie to uczucie wiedzieć zawsze dla kogo się pracuje. Ilość baz agencji rozproszonych po gminach przypominały czarne plamy na dalmatyńczykach, jednocześnie ze sobą współpracujących, z drugiej zaś zajmujących się różnymi sprawami… Poszukiwani przez tak wiele akcji, władze nawet nie miały pojęcia, że to wszystko się ze sobą łączy. No, dopóki na rynku nie pojawił się System i wykluczając kilka wyjątków, bazy skupiły się na przejęcie konkretnie tego niby cuda. Mózgi posiadamy wybitne i zdolne do wszelkich hackerskich objawień, dlatego wpierw sądziłem, że nie będą mieli zbytniego problemu na przechwycenie kolejnego programu. Ale któż mógł przewidzieć zesłania tak problematycznych kreatur jak ten obżerający się obok cep.
- Wysiadaj księżniczko- odparłem, przekręcając kluczyki, biorąc kilka frytek i na chama wpierdzielając je wszystkie do ust.
Skierowałem się w stronę rozpadającej się kamienicy, która zabawnie kontrastowała ze stojącym obok szklanym, wysokim budynkiem. Ignorując jakiekolwiek komentarze ciemnowłosego wchodziłem w ciszy po schodach, które widziały już zapewne niejedno pokolenie… Dopiero będąc na czwartym, ostatnim piętrze, zatrzymałem się przed odnowioną windą. Nie ukrywałem, że obecność Isaiasa nie była mi na rękę przy odblokowywaniu tych wszystkich zabezpieczeń, jak skanowanie dłoni przed wejściem do windy, wpisywaniem kodu, czy na samym końcu rozpoznawaniem głosu, by wejść do mojego tymczasowego domubiura. No jak to debilnie brzmi.
Z tego co słyszałem budynek nie wzbudził jeszcze nigdy niczyich podejrzeń, będąc w większości kancelarią prawniczą. Prawa strona była jednak niedostępna dla jakichkolwiek pracowników, bowiem, ujmując to prościej, z ich strony nie było po prostu wejścia. Ktoś by powiedział że pomysłowe, ktoś inny że idiotyczne. Ja zgadzałem się z tym drugim, szczególnie po kolejnym razie wracania podpitym i będąc zmuszonym do wchodzenia po tych przeklętych schodach.
- 3…2…1… - odliczałem, widząc niewysoką, zgrabną postać w dopasowanej, białej spódnicy, zmierzającej ku nas tak, jak my do niej. Z każdą kolejną sekundą jej niedowierzanie się powiększało, a kiedy dzieliły nas z dwa metry przystanęła, przyglądając się zszokowana na Isaiasa. Jak mi zaraz powie, że powinienem go oszczędzić ze względu na jego ryjek to ją…
- Jak śmiesz go tu przyprowadzać?- no, ma ruda szczęście.
- Nastąpiły małe zmiany- odparłem, omijając ją, by otworzyć kolejne drzwi, ignorując sprzeciw sekretarki. Posłałem jej wzrok, by łaskawie się uciszyła, bowiem jakoś nie potrzebna mi była interwencja jeszcze kogokolwiek z organizacji.
Chociaż biurem się to nazywało, patrząc na to skromne pomieszczenie, bardziej przypominało norę informatyka. Kilka porozstawianych ekranów, tablic z wywieszonymi informacjami i panujący półmrok, rozświetlany przez niedokładne rolety i światło padające z monitorów. I oto gdzie spędzałem tyle czasu, kiedy to fizycznie byłem praktycznie uziemiony. Zdecydowanie wolałem zadania na miarę płatnych zabójców i zamiast bawić się w te ceregiele iść na żywioł i kogoś rozwalić. Spojrzałem kątem oka na Isaiasa, przypominając sobie, że był sprawcą tego, że przez pewien czas dostawałem pierdolca w jednym miejscu. Powinienem go za to unieruchomić, zwalić na te zabałaganione biurka i dobić. Choć zamiast tak morderczej wizji miałem pod koniec nieco inną, która sama nasuwała się na myśl i sprawiała, że czułem się w spodniach ciasno.
- Przynieś mi coś do jedzenia- odparłem, szepcząc do niej w następnej chwili, że jej to w końcu wytłumaczę. Kiedyś tam… Podszedłem do komputera, by następnie wprowadzić pewien skrót i szybko przenieść się na wyznaczoną kartę, gdzie naszym oczom ujrzał się plan budynku.
- Powiedzmy że opowieści możesz zachować dla wnuków, całą swoją wiedzę przelej na ekran. To dosyć prymitywna i niedokładna wersja twojej agencji. Wiele rzeczy z pewnością się nie zgadza, tym bardziej, że nie wierzę abyście mieli w każdym pomieszczeniu kamery- mruknąłem, czekając aż snajper podejdzie do urządzenia i usiądzie na fotelu. Zbliżyłem się do niego od tyłu, by następnie wsunąć dłoń w dekolt jego koszulki i przybliżyć usta do jego ucha.
- Lubię ryzyko, jednak tym razem wolałbym to zrobić z drobnym przygotowaniem.




Do końca "przejażdżki" pozostałem cicho, może to dlatego, że wreszcie dostałem jedzenie i miałem czym wypchać sobie usta, a może ze względu na fakt, że wolałem wysłuchać wszystkich kawałków z albumu Britney. Tak czy siak, kiedy głos blondynki ustąpił miejsca Gangnam Style, a frytki w całości zniknęły z pudełka, Einar zaparkował przed jakimś budynkiem i kazał wysiadać.
— Księżniczko? — powtórzyłem za nim, przekrzywiając głowę i unosząc brwi. — Za takiego rycerza na białym koniu to ja podziękuję. — fuknąłem z pretensją w głosie, człapiąc za facetem w stronę jakiegoś rozpadającego się budynku. Co to mogło być?
— Ale ruderaaaa. — oznajmiłem, krzywiąc się pod nosem. — Nie umiesz wybrać normalnego miejsca na randkę? Co na to Twoja żoneczka, hm? Też ją zabierasz do takich spelun? — rzuciłem z przekąsem, uśmiechając się leciutko. Ooo tak, widziałem tą jego minę. Wtedy, kiedy pierwszy raz poruszyłem temat jego rzekomej małżonki. Ha, no kto by pomyślał, że nasza narwana małpeczka ma swoją jedną jedyną, której poprzysiągł miłość, wierność... I może na tym poprzestańmy, bo chłopaczyna już wyłożył się na drugim. Niech to, liczyłem, że facetowi puszczą nerwy i zacznie się szamotać jak w pijanym widzie, ale ten dalej parł hardo na przód, nie przejmując się moim gadaniem. Ech. Twarda sztuka. Stalowe nerwy nie wtedy kiedy trzeba.
Kiedy weszliśmy do środka ogarnąłem już wszystko. Ta rudera to jego... organizacja. Dobra, rozumiem kamuflaż, ale damn, why something like this? W środku było trochę lepiej, ale nadal to było nic w porównaniu z naszym zakątkiem. Ziemia a niebo normalnie, nie było nawet o czym mówić. Odwróciłem wzrok od ścian, kiedy usłyszałem jak Einar zaczyna odliczanie. Jakieś dynamity tu podłożył? Mamy się chować czy...? Ale wtedy dostrzegłem ją – rudą panią, która ewidentnie szła w naszym kierunku. I nagle przystanęła, żeby przyjrzeć się mojej buźce, a następnie skrytykować mojego drogiego porywacza. Parsknąłem cicho od nosem, tłumiąc cisnący się na usta chichot. Naraz odchrząknąłem, zerkając na stojącego obok mężczyznę.
— No właśnie Einar, jak śmiesz? — założyłem ręce na ramiona, kręcąc głową z dezaprobatą. Liczyłem na trochę dłuższy sprzeciw rudzielca, ale ta, po zwięzłej i jakże wymownej uwadze swojego kolegi z pracy chyba stwierdziła, że w sumie whatever, niech sobie robi co chce. On w międzyczasie zanurzył się w kolejnym pomieszczeniu, do którego ja z nieufnością ruszyłem zaraz za nim.
— Ale syf. — podsumowałem, widząc te wszystkie zaśmiecone wzdłuż i wszerz biurka. Zresztą, podłoga wcale nie wyglądała lepiej. — Mogłeś trochę uprzątnąć, skoro wiedziałeś, że wpadnę. Wiesz, kwestia dobrego wychowania i właściwego przyjmowania gości. Chyba nawet jest o tym książka. Kupiłbyś sobie. — doradziłem, obserwując jak stuka w klawiaturę. Przydałaby mu się jakaś lekcja savoir-vivre'u, bo widać, że gościu miał z tego poważne braki. Zero wiedzy, zero.
Przemknąłem wzrokiem po rozwalonych wszędzie papierzyskach, licząc, że dostrzegę tam coś interesującego. Nie wiem, może scyzoryk mu się gdzieś zawieruszył jak obierał mandarynki, bo miałem wrażenie, że to pomarańczowe coś, co leżało na skraju biurka kiedyś było skórką z owocu. Trzeba mieć nadzieję, choćby kruchą i głupią, inaczej pewnie nie byłoby mi tak wesoło. Konkretniej to może nawet rzuciłbym się do kąta i popadł w depresję. Nastrojowy półmrok sprzyjał użalaniu się nad sobą as hell. Kiedy mój niewychowany znajomy się odezwał, z ciekawością zerknąłem mu przez ramię, dostrzegając plan mojej korporacji. Ty śledziu, skąd to wziąłeś? Zmrużyłem oczy, obrzucając go nieżyczliwym spojrzeniem. Szperał, szperał i wyszperał. A mogłem mu połamać obie rączki. Mój błąd.
— Nooo w kiblu kamer nie mamy. Myślisz, że powinniśmy to zmienić? W sumie niegłupie. Może wreszcie ustalimy kto tak namiętnie podbiera te nowe odświeżacze powietrza. — zauważyłem, podchodząc bliżej biurka i usadawiając się wygodnie na udostępnionym mi miejscu. No milusio mi się zrobiło, nie powiem. A więc z jego kulturą nie jest jeszcze tak tragicznie... Jesteś do odratowania, bro.
Kiedy już klapnąłem na mięciutko wyściełanym foteliku, mój wzrok zaczął błądzić po planie budynku. Z przerażeniem odkryłem, że pomimo niedokładności całego schematu wiele rzeczy było niezwykle podobnych, a niektóre z nich niemal identyczne. What the fuck is going here. Skąd mają te wszystkie informacje? Czyżby któremuś z ich szpiegów udało się przeniknąć do naszego środowiska? Ale jak... Jak zdołał przejść przez tą ostateczną zaporę, chroniącą system przed takimi przyjemniaczkami? Świat się kończy...
Z zadumy wyrwała mnie ręka stojącego za mną knypka, który po raz kolejny udowodnił, że za nic ma moją przestrzeń osobistą. Tym razem jednak nie zamierzałem puścić mu tego płazem, o nie.
– Wiesz co, wstydziłbyś się. Żonaty, a pcha łapę nie pod tą bluzkę co trzeba. Po co się hajtnąłeś? Matka kazała Ci się ustatkować czy to była historia na miarę Kac Vegas i ślub odbył się w akompaniamencie wciąganych prochów? — zapytałem kpiąco, będąc jednak w istocie zaintrygowany całą sprawą. Einar dał się zaobrączkować... Może trafił na jakiegoś ornitologa, który zechciał poznać szlaki jego ciągłych wędrówek.
Siedząc tak sobie i zastanawiając się jak nakombinować w planie, żeby za kłamstwa mnie nie zjadł, a jednocześnie nie podać mu najważniejszych informacji, nagle usłyszałem jak potężny huk przecina powietrze i dźwięk, jakby gdzieś nieopodal murowana ściana osuwała się w dół. Wybuch był tak silny, że nieomal zatrzęsło połową budynku. Czyżby...?
— Wohoho — zagwizdałem, opierając łokieć na biurku, a podbródek na pięści i wbijając błyszczące z ekscytacji oczęta w zszokowanego kidnapera. — Idziemy sprawdzić co to? — spytałem, z cisnącym się na usta uśmieszkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 3:18 pm

Miałem głęboko w poważaniu zdanie ciemnowłosego na temat całej organizacji, budynku, a tym bardziej mojego gabinetu. Moja dziura, moje papiery i mój bałagan. Trochę artystycznego nieładu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Isaias za dużo kłapał jadaczką, komentując wszystko co się dało w sposób tak sarkastyczny, iż zacząłem się zastanawiać, czy z jego ust padło kiedyś cokolwiek nie przesiąkniętego ironią. Uśmiechnąłem się mimowolnie, powstrzymując parsknięcie śmiechem na jakże głupie wyobrażenie Isaiasa jako niemowlaka, który na zapytanie „gdzie jest bobas?” wykrzywia swoją pomarszczoną twarz: „w lodówce, kurwa”. Sam miałem już nieźle zjechany mózg.
Tak, wszystko pykło, kiedy snajper ponownie postanowił otworzyć jadaczkę, a mój pozornie dobry humor ubić kolejnym tekstem o mojej żoneczce. Za każdym razem jak o niej wspominał dobitnie go ignorowałem, porównując jego błyskotliwe uwagi do docinek pięciolatka. Przesunąłem dłoń z jego klatki piersiowej na jego obojczyk, ściągając brwi.
- Zaraz zacznę podejrzewać, że jesteś zazdrosny Armando. Nie widzę też potrzeby by ci odpowiadać na twoje pytania, tym bardziej że raczej nie pomogą Ci one w żadnym wypadku z mapą- mruknąłem, odsuwając się od francy, chcąc rzeczywiście zapewnić mu jako takie warunki do skupienia. Wątpiłem, by moja obecność za jego plecami mu to gwarantowała, skromnie rzecz ujmując… Zerknąłem w stronę drzwi, zastanawiając się kiedy nadejdzie Emily z jedzeniem. Niestety, nim ujrzałem rudą głowę w gabinecie coś huknęło, a wszelkie papiery ułożone niedbale na krawędziach biurka znalazły się niedługo po tym na podłodze.
- Co jest kurwa?- przekląłem, niemalże od razu podchodząc do okna i odsuwając nieznacznie rolety. Pusto. Oplotłem spojrzeniem wszelkie budynki, które były w zasięgu mojego wzroku, zaułki i dachy, lecz za chuja niczego nie było widać. Ludzi też nie.
- Pewnie, już zapierdalam- odparłem Isaiasowi, który cieszył japę jak głupi. Zrobiło się cicho, lecz dopiero gdy ciemno ubrany mężczyzna został postrzelony, moje ciało przeszedł dreszcz. Ten, który wychodził z kamienicy... Wiedzą. Nie o kancelarię tu chodzi, lecz o nas. Zacisnąłem mocno zęby, sprawiając że cała czaszka zesztywniała w sekundzie. Gwałtownie zmieniłem położenie, znajdując się przed ciemnowłosym, by następnie złapać go za koszulę i agresywnie przyciągnąć sprawiając, że cała górna część jego ciała znajdowała się na biurkiem.
- Mów chuju, podaj chociaż jeden powód dlaczego nie powinieneś dostać w tym momencie kulki w łeb, bo jestem niemal prawie pewny że to wasza sprawka- syknąłem, czując jak gniew pulsuje mi w piersi, a dłonie aż proszą by spotkać się z twarzyczką szatyna.
- Nie, Gibson, zostaw go- usłyszałem damki głos, przez który mimowolnie odwróciłem zszokowaną twarz w stronę rudowłosej kobiety.
- Teoretycznie dobra wiadomość to taka że to nie jego organizacja. Zła, że nie mamy pojęcia co nas atakuje. Jeszcze gorsza to to- weszła, zamykając drzwi i odkładając jakieś pudełko na szafkę – że prawie cała ekipa jest na misji. Dalekodystansowców wcięło, najszybciej dotrą tutaj za kilka godzin. Ty wraz z innymi nie wyjdziesz bo cię zastrzelą jak królika podczas wiosennego polowania- nie zdążyła dokończyć, gdyż nastał drugi huk, po którym mój słuch delikatnie ucierpiał.
- Ja pierdole…
- Albo się ewakuujesz z większością albo… Nie wiem wpadłam na ten pomysł i sama w to nie wierze, ale jakbyś przypilnował Isaiasa… Nie wiem czy German się zgodzi ale on z pewnością nie chce zostawić budynku bez ochrony- kontynuowała, patrząc na mnie tymi swoimi cwanymi oczami. Do chuja, ona poważnie? Zerknąłem na snajpera, zastanawiając się jakie są zalety pomysłu dania mu broni, z którą czuje się jak z trzecią ręką. Szczerze to kurwa prawie żadne. Może w najlepszym razie ucierpię przy tym ja, a w najgorszym jednak się do nich dołączy. Zresztą czy on w ogóle chciał współpracować? Za dużo myślenia, za mało działania…
- Suwaj się- odparłem, dostając się do komputera i niemal natychmiast wchodząc w bazę programowania. Zaznaczyłem wszystkie dokumenty i ustawiłem na kopiowania do głównego dysku. Jak rozpierdolą budynek no to trudno.
-Co robisz?- Usłyszałem zniecierpliwiony głos Emily. Nie wiedziałem kto mnie bardziej irytował: ona czy Isaias.
- Kopiuje fap folder, nie zamierzam tego stracić- odparłem z przekąsem, zerkając kątem oka na ciemnowłosego, który również nie bardzo wiedział co się dzieje.
- Zamierzasz pomóc czy umywasz rączki? Rozwiewając twoje marzenia, z chwilą dostania broni do dłoni będziesz obserwowany, może nawet nie tylko przeze mnie- odparłem, wątpiąc, że się zgodzi. Marne były warunki, ale spytać się zawsze można. Niemalże jak z przełożeniem sprawdzianu.



Siedziałem sobie kulturalnie na krześle, nasłuchując z której strony im budynek rozjebywują, kiedy ten drągal ruszył na mnie z kopyta, niemal z pianą toczącą mu się z pyska i postanowił w ordynarny sposób potraktować mój t-shirt, ciągnąc go w swoją stronę niczym laska walcząca o ostatni egzemplarz na wyprzedaży.
— Było powiedzieć, fajfusie, to bym Ci go oddał bez szarpanin. — tak naprawdę to nie, ale każdy powód był dobry, aby jebnąć w niego przezwiskiem. Wtedy poczułem jak jego uścisk wzbiera na sile, a ciało wręcz zaczyna się trząść przez wzbierającą w nim wściekłość. Jego słowa wskazywały na to, że naprawdę bardzo chciał w tej chwili zrobić to, o czym na głos przy mnie fantazjował. Każdy inny gość na moim miejscu zapewne w tym momencie zacząłby błagać o litość albo spróbował chociaż uspokoić tego rozjuszonego psychola, ale nim zdążyłem głębiej przeanalizować sens jego słów (nie żebym kiedykolwiek się starał), z moich ust wydostało się coś innego.
— Stary, wiesz co to jest Nervosol? Jak wiesz, to łaskawie zażywaj to regularnie, bo spięcie sutów do niczego dobrego nie prowadzi. — wygłosiłem niezwykle spokojnie w kontraście do tego warczącego na mnie furiata. Nim jednak ta bestia z permanentnym wkurwem zdążyła być może wcielić w życie swój plan babka z wcześniej zdołała utemperować jego gniew kilkoma istotnymi faktami, a tym samym odwrócić ode mnie jego uwagę.
— Dzięki słonko, myślałem przez chwilę, że umiesz tylko nosić jedzenie, ale jak na kelnerkę potrafisz być przydatna. — posłałem jej szeroki uśmiech, poprawiając zmiętoloną przez tego gnojka bluzkę. Z tego co powiedziała wynikało, że znaleźli się w bardziej niż chujowej sytuacji. Jakaś szajka przypuściła na nich atak, akurat wtedy kiedy wszyscy snajperzy byli na misjach. Ojej. Czy tym interesem naprawdę zarządza taki debil? Kto normalny odpierdala taki szajs?
— Wasz szef jest naprawdę — przerwałem, parskając, ledwie powstrzymując wybuch gromkiego śmiechu — udany. Z takim przywódcą na czele podbijecie świat. O ile wcześniej nie nakarmią was metalem rzecz jasna. — zauważyłem, uśmiechając się niemal współczująco. Pfff, mając takiego lidera to aż dziw, że zaszli tak daleko. Najwidoczniej jechali na farcie, ale i on pewnego dnia musiał się skończyć. Wyśmienicie, że akurat na moje przybycie. Dobrze wiedzieć, że wszechświat mi sprzyja.
W miarę jak ruda kontynuowała swoją paplaninę moje oczy zaczęły się powiększać, a na usta wkradł się uśmiech, mówiący coś w stylu „haha, ale z was śmieszki”. Jeżeli to był żart to muszę przyznać, że dobry. Bardzo dobry.
Bez żalu odsunąłem się od komputera, obserwując kątem oka poczynania Einara, który skopiował więcej niż jeden folder. Widzę pokaźna kolekcja.
— Teraz już wiem czemu wszędzie walają się te chusteczki. — mruknąłem, kopiąc jedną z nich czubkiem buta. — Daj mi chwilę a znajdę i nawilżacz. — prychnąłem złośliwie, jednak już na starcie przerywając swoje poszukiwania, w chwili, w której facet powtórzył pomysł „kelnerki”.
Udałem, że się zastanawiam, marszcząc intensywnie brwi i robiąc z dłoni wieżyczkę, którą przystawiłem do ust, w akcie głębokiego rozmyślania.
— Hmmm pomyślmy, mam się narażać dla wrogiej mi agencji przy okazji dostając w zamian jedynie możliwość przedwczesnego gryzienia ziemi, hmmmm. Kuszące, ale chyba odmówię. — powiedziałem, kiwając głową z bólem w sercu i żałością w oczach. — No, to skoro ustaliliśmy wszystkie za i przeciw, mogę zacząć spierdalać? — uśmiechnąłem się z przekąsem, pokazując na drzwi.



Kurwa. Czemu zawsze to na mnie spadają takie rzeczy. Jestem od brudnej roboty, mogę komuś przypierdolić tak, że mu flaki wyjdą obiema stronami, ale dlaczego też każą ogarniać cały wydział. Co niby miałem zrobić? Złapać za broń, pójść na dach i zacząć zgrywać bohatera, który rozwali co najmniej dwa helikoptery, a mnie co najwyżej zostanie zadana rana w rękę? Zerknąłem na Isaiasa. Przez moją nieuwagę już raz się tak zdarzyło. Wolałbym zdechnąć niż kolejny raz tak długo siedzieć w szpitalu. Nienawidzę tych zjebanych obiadów. A raczej ich marną imitację. Pacjenci zapewne nie umierają tam od zadanych im ran, a od zatrucia pokarmowego.
Wymiana strzałów. Do tej pory głównie w grę wchodziła broń palna, zaś teraz poszły w ruch maszynowe. Tylko pytanie czy to moi byli właśnie wybijani jak króliki, a budynek pójdzie z dymem, czy… Dźwięk telefonu. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni ciemnych jeansów, wiedząc, że jeśli w tej chwili będzie to jakaś oferta z play to się bardzo mocno zdenerwuję… Może nawet ułatwię wrogowi zadanie i rozwalę ten cudny budyneczek.
„Skasuj wszystko”
Parsknąłem śmiechem. No jasne. Szef nigdy nie był zbyt sentymentalny. Od czasu do czasu zdarzało się, że zostawaliśmy wykryci. Kto nie przeżyje- trudno. Przeżyłeś? Leć do innej bazy, chociaż jeśli masz ogon to równie dobrze możesz się spotkać z kulką we łbie od własnej organizacji. Smutny los, kto by w ogóle dołączał do takiego biznesu? No właśnie…
Popatrzyłem na ekran komputera, sprawdzając czy wszystko się ładnie skopiowało. Wyjąłem pendrive’a, by następnie wejść w panel sterowania i przełączyłem na sieć grupową. Następnie włamałem się do własnego serwisu. Zniwelować wszystko czy pozostawić co nieco… Jeśli szczęście nam będzie sprzyjało to mogą okazać się niezbyt inteligentni i być może nie zauważą że to, co istotne zostało skasowane. Cóż, jeśli chodzi o mnie to miałem bardziej pecha, a czas gonił…
- Jak już znajdziesz to skorzystaj, przyda Ci się- oznajmiłem, ostatecznie klikając enter. Bay Bay, moja piękna roboto… W końcu te małe pierdołki, których nie było na pendrive’ie też wymagały czasu. Wieczoru… Czasem kilka. A to wszystko będę musiał robić jeszcze raz, bo jacyś debile wpadli na pomysł rozwalenia tego wszystkiego w proch. Oczywiście nie zdążą, to że obok znajdowała się kancelaria jeszcze do czegoś zobowiązywało. Dźwięk syren i zbliżającej się policji zastąpił krzyk paniki ludzi cywilnych, stłumiony wielokrotnymi strzałami.
Cóż, nie liczyłem jakoś bardzo na to, że Isaias się zgodzi i w tej kwestii się nie pomyliłem. Emily wykazała się tutaj uroczą naiwnością, skoro myślała, że ochoczo nam pomoże. Zresztą ja lepszy nie byłem, skoro zdecydowałem mu się to zaoferować. Wszakże byłem ciekawy, co odpowie… Gdybym był na jego miejscu pewnie uśmiechnąłbym się i kiwnął twierdząco głową… Zastanawiałbym się kto pierwszy ma dostać w łeb, gdy już dostanę broń- mój oprawca, czy jego koleżanka. Ale nie. On z całkowitą szczerością odmówił. To było tak słodkie że aż nabrałem ochoty, by go rzucić na to biurko i odpowiednio się nim zająć.
- Spierdalamy razem- powiedziałem, podnosząc się z miejsca, sprawdzając przy biodrze obecność broni i niczym prawdziwy gentelman otworzyłem drzwi, by przepuścić w nich Emily.
- Wyjście awaryjne będzie pewnie zablokowane, ale nie mamy wyboru. Plan jest taki, by wyjść i …- przerwałem, widząc jej ostre spojrzenie i zirytowanie w oczach. Co ja znowu złego zrobiłem?
- Oboje wiemy, że nie najlepszy z Ciebie strateg, Einar. Muszę zobaczyć, co z moimi towarzyszami… Nie każdy jest samotnikiem, jak ty- mruknęła, sięgając dłonią pod spódniczkę, skąd wydobyła krótki, masywny pistolet – jego – skierowała lufę prosto na ciemnowłosego, co nawet mnie zaskoczyło i sprawiło, że troszkę zesztywniałem. Ejże! To ja mam go zabić, kobieto. Nie odbieraj tej przyjemności. – Zostawiam Tobie. Zdzwonimy się- dodała, by pobiec z tego co zrozumiałem w stronę przedniej windy. Jasne, pełno tam naszych ludzi ale ryzyko i stopień niebezpieczeństwa... Pokręciłem głową. Kiedy ta mała, groźna jak francuski szczeniaczek cholera mnie zostawiła obiecałem sobie, że nie będę próbował więcej zrozumieć kobiet. I że się już nie ożenię. Po chuj to komu.
- Lecisz pierwszy, do końca korytarza potem w lewo, windą na pierwsze piętro, skręcasz w prawo, awaryjne drzwi i schodzisz po schodach. Mam nadzieje, że zapamiętałeś, bo jak zaczniesz kombinować to chętnie poćwiczę strzelanie na Tobie- mruknąłem, pokazując głową by ruszył. Jak tak dalej pójdzie to nam to wszystko runie, a my będziemy mogli jedynie przeklinać pod gruzem.





Na „spierdalamy razem” wzruszyłem ramionami, ruszając za zmierzającym w stronę wyjścia mięśniakiem.
—Wolałbym sam, ale powiedzmy, że gościowi z gnatem ciężko odmówić. — uśmiechnąłem się raczej gorzko. Einar zaczął na głos obmyślać plan wydostania się z zawalającej się rudery. W tym czasie ruda kelnerka przerwała jego wywód, aby w grzeczny sposób powiedzieć, że jest kutasem, bo zostawia swoich za plecami. Organizacja składająca się z egoistycznych dup za długo nie ciągnie, ale co ja się będę wypowiadał, kiedy sam nie byłem lepszy. Gdybym był na jego miejscu to pewnie ostatnie o co bym się martwił to los swoich towarzyszy. Jak nie przeżyją to znajdą się nowi, a ja? Ja byłem tylko jeden.
W czasie swojej gadki kobieta nagle wymierzyła we mnie lufę, a ja odruchowo, cofnąłem się o krok, nieśmiało unosząc dłonie na wysokość klatki piersiowej.
— Wasza kelnerka reaguje trochę zbyt negatywnie na nazywanie jej profesji po imieniu. — zarzuciłem uwagą w stronę Einara, który sam wydawał się trochę zaskoczony zachowaniem rudowłosej. Nie wiedziałem za bardzo co dziewczyna teraz ma w głowie i czy rzeczywiście planuje pociągnąć za spust, ale nim zdążyłem rozważyć swoje opcje na uniknięcie kulki kobieta opuściła broń, a ja wyraźnie odetchnąłem.— Musicie ją stopniowo do tego przyzwyczajać, inaczej kiedyś dojdzie do tragedii. — dodałem do swoich wcześniejszych słów, ale Einar już wtedy postanowił zignorować moje bardzo trafne uwagi i poinstruował mnie, w którą stronę musimy się kierować, aby opuścić zagrożony teren, na koniec oczywiście zarzucając standardową dla niego groźbą. Wywróciłem oczami, uderzając w drogę.
— Coś Ty taki przewrażliwiony? Nie widzisz, że jak na razie jestem grzeczny? — uśmiechnąłem się tak uroczo jak tylko umiałem, a umiałem. Ładna buźka ma swoje zalety. — Powinieneś się czuć wyjątkowy, jeszcze nigdy tak długo nie byłem komuś posłuszny. Jak widzisz, musisz mieć „to coś”. — odrzekłem dwuznacznie, bardziej skłaniając się jednak ku wersji z tym, że facet miał spluwę, którą mógł mi zrobić w tyłku drugą dziurę niż na metaforycznym odniesieniu do jakiejś pociągającej mnie cechy.
Kiedy znaleźliśmy się już w windzie, która zaczęła swoją wędrówkę w dół, nagle, pod wpływem kolejnego wybuchu, całą instalacją zatrzęsło tak bardzo, że dosłownie zarzuciło w środku naszą dwójką jak kulkami w grzechotce. Przez chwilę myślałem, że runiemy z windą na sam dół i powiemy „papa” życiu, ale tak się nie stało. Poza tym, że obolali skończyliśmy na posadzce, zresztą w dość dziwnej pozycji, to nie wydarzyło się nic takiego. Co ciekawe, znalazłem się dokładnie pomiędzy rozłożonymi nogami mężczyzny, twarzą niemal przy samym jego kroczu.
Sycząc od nieprzyjemnego upadku, powoli podniosłem się na rękach, które już od jakiegoś czasu opierały się o uda Einara. Jedną z nich oderwałem od skrytego za materiałem ciała, aby rozmasować swoją obolałą klatkę piersiową. Wtedy toteż parsknąłem wymownie, lekko zaciskając dłoń na jego spodniach.
— Świat chyba lubi patrzeć jak robię Ci loda. — założyłem, podnosząc się z posadzki z cichym śmiechem. W każdym razie żarty żartami, ale budynek popadał w ruinę coraz bardziej, a my wciąż byliśmy w środku. Nie było już zbyt wiele czasu, czułem to i Einar chyba też. Dosłownie wypadliśmy z windy, gdy ta, wreszcie doczołgała się na wybrane piętro i ruszyliśmy pędem w stronę domniemanego wyjścia. Sufit zaczął dosłownie pękać nad naszymi głowami, pył i sypiący się gruz zaczął wypełniać korytarze, na tyle, że pokonywanie kolejnych metrów okazało się trudniejsze niż myślałem. Aż w końcu… ogromny kawałek sufitu dosłownie załamał się tuż nad naszymi głowami… jako, że biegłem przodem, bo tak zażądał sobie Einar, uskoczyłem przed siebie, podczas gdy Einar, aby uniknąć ogromnej, śmiercionośnej płyty, musiał się cofnąć. Przez chwilę miałem nadzieję, że został zmiażdżony pod gruzem, ale, damn, po drugiej stronie usłyszałem jego głos. Obejrzałem się za siebie, kaszląc od nadmiaru pyłu, który znalazł się w moich płucach i… dostrzegłem szansę. Płyta spadła tak niefortunnie, że dosłownie zrobiła dziurę w podłodze… jeżeli Einar będzie chciał znaleźć się po mojej stronie, będzie musiał przejść tuż przy ścianie jak po jebanej linie w cyrku, co przy jego posturze i wciąż trzęsącym się budynku na pewno nie zajmie pięciu sekund. Podniosłem się z ziemi i wnet powietrze przeciął mój gromki śmiech.
— Wiesz co świat jeszcze lubi? Jak wygrywam. — zawołałem na tyle głośno, aby pomimo wszechobecnego hałasu zdołał mnie usłyszeć. Kiedy stwierdziłem, że bardzo ładnie udało mi się podsumować to, co właśnie miało miejsce, uznałem, że wypada się ewakuować. Chyba już dawno tak szybko nie spierdalałem, jednocześnie ciesząc ryja jak mało kiedy. No bo jak inaczej nazwać to, co przed chwilą się wydarzyło? Łut szczęścia? Przeznaczenie? Jeżeli rzeczywiście istnieje ten cały boski panteon to chyba kurwa ktoś mnie musi tam na górze lubić. Zawsze myślałem, że bogowie wolą wspierać dobrych ludzi, ale wychodzi na to, że i tam znajdą się tacy, którzy sprzyjają czarnym charakterom. Nie będę narzekał.
Tuż przed wyjściem awaryjnym schowałem się za rogiem, aby wyczaić czy wokół nie kręcą się ci źli panowie, co zburzyli im siedzibę. Nie zdziwiłem się, że nie zastałem nikogo na swojej drodze, pewnie wszyscy czekali na zewnątrz. Na chuj mieliby się kręcić w środku tykającej bomby? Najciszej i najpowolniej jak potrafiłem otworzyłem drzwi na tyle, abym mógł przez drobną szparę dojrzeć, co dzieje się na zewnątrz. Zmarszczyłem brwi zdumiony, kiedy okazało się, że jedynie dwójka ludzi obstawia samo wyjście, do tego… stojąc do niego plecami. Czy to naprawdę te bystrzaki rozwaliły im bazę? Wrogów mają przednich jak widzę.
Złapałem za kawałek gruzu, który podtoczył się pod moje stopy i porządnie się wychylając, zamachnąłem się trafiając jednego z gości w tył głowy, który zaraz padł jak długi plamiąc krwią asfalt. Drugi, zanim zdążył ogarnąć co się dzieje, skończył tak samo jak jego kolega od głębokich rozmów. Wypuściłem kamień, przetrzepując ręce i wyszarpnąłem broń z rąk wciąż coś mamroczącego faceta, za chwilę unosząc ją w górę i oddając dwa celne strzały prosto w głowy delikwentów. Rozejrzałem się po otoczeniu, zaraz dostrzegając samochód pilnujących wyjścia gości.
— Bingo, skurwiele. Najpierw broń, teraz wóz… kto by pomyślał, że wasza obecność tak mi się przysłuży! — szturchnąłem jednego z trupów lufą, prawie że po przyjacielsku. Dobra, dość tych czułości… Einar w każdej chwili mógł wyleźć z budynku, a ja, pomimo, że miałem broń, wolałem się zmyć niż ryzykować niepotrzebne wpadnięcie na tego kurwiszona. Dopadłem do otwartego jeepa, wślizgując się do środka i zatrzaskując drzwi. I dokładnie w tym momencie kątem oka dostrzegłem jak mój porywacz z wkurwem w oczach wytacza się z budynku, który już pękał w szwach. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja zanim wcisnąłem gaz, pomachałem mu środkowym palcem przez okno.
— Baj, baj, dziwko! — pożegnałem się, z piskiem opon ruszając z miejsca.



Jasne, był grzeczny. Posłuszny, jak nigdy, ale wiedziałem, że to maska najbardziej cwana ze wszystkich. Wykazałby się nadzwyczajną głupotą, gdyby teraz jakkolwiek próbował się zbuntować, co nie przyniosłoby mu żadnych korzyści…
Ciemnowłosy rzucił się w stronę wcześniej przeze mnie wskazaną, a ja pomknąłem za nim, zerkając ostatni raz w stronę kobiecej postaci, której włosy mignęły mi jeszcze zaledwie na chwilę. „Nasza kelnerka” była o tyle konkretną babeczką, że bez przeszkód poradziłaby sobie ze zgrają amatorów, dzierżących palne bronie. Ale kto wie, kto będzie tam na dole… Czy się o nią martwiłem? Cóż, niezupełnie… Może będę jedynie tęsknił za idealnie zrobioną kawę i złośliwymi uwagami, które w jej kierunku rzucałem. Nie to abym tak od razu ją przekreślał…
Wbiegłem do windy, myśląc, że to będą ostatnie sekundy na wzięcie głębokiego oddechu przed przyszłą ucieczką, jednak nie mogłem się bardziej mylić. Pierdolony wybuch sprawił, że przed moimi oczami pojawiła się scena, jak zostajemy uwięzieni w porąbanej windzie, czekając jak takie śledzie na zgon, chyba że ktoś ewentualnie przerwałby akcję i powstrzymał napastników przed całkowitym zrównaniem budynku z ziemią.
Nie do końca wiedziałem co się stało, gdy jednak otworzyłem oczy widziałem brudny sufit, moja kość ogonowa nie była zbyt szczęśliwa, a poniżej mojego pasa przybłąkał się kmiot. Nie no, czarująco. Wiedziałem, że od naszego pierwszego spotkania z pewnością niejednokrotnie marzył, by znaleźć się pomiędzy moimi nogami, ale mógłby się powstrzymywać w kryzysowych sytuacjach.
- Tak, zwalaj na świat… - mruknąłem, obserwując jak podnosi się ze mnie, z durnym uśmiechem na twarzy. Tej pojebanej, zajebiście idealnej twarzy. Fuck you, Isaias.
W końcu sam podniosłem się z twardej posadzki, otrzepując się pośpiesznie i zaciskając długie palce na broni, jakby upominając siebie w duchu, że jedyne, co mogę mu w tej sytuacji zrobić, to go do cholery zabić. Póki co trzymałem się jednak wersji wywleczenia naszej dwójki spoza budynku, by móc wyciągnąć z niego wszystko, co wie. Nieważne jakimi sposobami. Niestety nie będzie to trwało krótko… Kit i kłamstwo to pewnie jego hobby.
Biegłem za Isaiasem, czując jak budynkiem trzęsie jak dorodną galaretą, jak w oddali latają pociski… W wyobraźni mogłem sobie jedynie przedstawić tych wszystkich ludzi, których jeszcze parę dni temu widziałem zapalczywie pracujących, teraz leżących sztywnych i zimnych, pozbawionych jakichkolwiek oznak życia. Podświadomie spiąłem mięśnie u rąk, mając kolejny dowód na to, że nie warto się jakkolwiek przyzwyczajać do ludzi.
W pewnym momencie sufit dosłownie zaczął spadać. Ludzie ględzą cały czas o ciągu życia, które im przeleciało przed oczami, kiedy prawie otarli się o śmierć… Ja za to miałem jedną wielką pustkę w głowie i mindfucka na twarzy, gdy już doszło do mnie co się stało. Próbowałem ujrzeć cokolwiek przed sobą mimo pyłu i kurzu, drażniącego mój nos i przeszkadzający w oddechu. Nie wiem, co podziałało na mniejsze odczuwanie bólu po odrzuceniu mnie do tyłu. Adrenalina, czy szok, gdy zobaczyłem przed sobą płytę.
- Co jest kurwa?!- krzyknąłem, dotykając ją dłonią i delikatnie pchając. I jak ja, do cholery, miałem to obejść? Jednak chwila, kiedy zorientowałem się w jakiej sytuacji się znalazłem nadeszła dopiero po usłyszeniu głosu Isaiasa.
- No chyba kpisz…- warknąłem, zaciskając dłoń w pięść i przywalając nią w gruz. Kurwa, bolało. Kurwa mać. Ty pierdoleńcu. Ty niedorobiony chuju!
- ISAIAS!!!
Zwiał mi? No chyba nie… Einar, uspokój się… Wziąłem dwa większe oddechy, pomagające mi w oczyszczeniu umysłu… Potrzebowałem tego… Potrzebowałem, by wyjść z tej dziury. Inaczej tu utkwię, do jasnej cholery.
Nie wiem ile mi to zajęło, jednak nie mogłem nic na to poradzić. W pewnym momencie szczelina pomiędzy płytą, a ścianą była tak wąska, że myślałem, iż tam utkwię, jak taki pojeb na wystawie. Będąc po drugiej stronie widziałem unoszący się kurz, wyjście z daleka… Ale ani śladu po ciemnowłosym mężczyźnie. Czułem, jak zapalniczka wewnątrz mnie się zapala, a ja dosłownie ledwo powstrzymuje się, by nie krzyknąć ze wściekłości. Miałem go. Miałem go kurwa. Dla siebie, mogłem być bliżej tego cholerstwa niż kiedykolwiek, tej misji, tego kodu, tego pieprzonego kodu, przez który wszystko poszło się pierdolić kolejny raz w moim życiu.
- Świat nie chce, byś wygrał, gówniarzu… Tylko lubi popatrzeć sobie w grę kotka i myszki… A na końcu zazwyczaj ją przecież łapie- splunąłem, ruszając biegiem przed siebie. Minąłem dwóch trupów i spojrzałem na otoczenie… Widziałem jak odjeżdża ze zwycięskim uśmiechem, a palec, który wystawił był dla mnie w tej sytuacji jak kręcenie dupą gorącej laski przed seksem. Zapraszasz mnie w ten sposób do pościgu, pojebie. I chociaż mógłbym wziąć najbliższe auto, uznałem że szperanie w kablach za dużo mi zajmie. Podbiegłem do własnego, musząc nieznacznie okrążyć budynek. Wsiadłem z impetem do samochodu i zostawiłem całe to gówno za sobą.
Cisnąłem pedał gazu próbując go nie zgubić, choć był znacznie dalej ode mnie. Gdy skręcił, zapewne próbując mnie zgubić, bez zastanowienia zrobiłem to ulicę wcześniej, ledwo co omijając jadącego rowerzystę. Znałem tą część miasta jak swoje rodzinne i choć widziałem go przed paroma innymi samochodami, miałem coraz mniejsze nadzieje, by go dopaść. A przynajmniej do momentu, gdy zorientowałem się, że wjeżdża na rejon niezwykle ruchliwych skrzyżowań… Gdy Cię złapię Isaias… Będziesz mnie prosił o śmierć.






— PFFFFHAHAHAHAH, nie wierzę! — parsknąłem śmiechem, waląc dłonią w kierownicę. Zwiałem. ZWIAŁEM. Wyrwałem się spod jarzma tego psychola i spierdalałem w najlepsze poprzez miasto. W lusterku dojrzałem jak wóz Einara jest coraz dalej i dalej, niewiele brakowało do tego, abym całkowicie zniknął mu z oczu. Bardzo niewiele. Parę zakrętów i będzie mógł pomarzyć o tym, że kiedykolwiek mógł dopiąć swojego celu. Będę niczym więcej jak tylko bolesnym przypomnieniem jak to mógł zyskać w oczach swoich szefuniów, ale nie wyszło, bo najzwyczajniej w świecie zjebał. Chociaż… nie tylko on by zawalił, bo w końcu ja żem taka łasica jest, że każdemu się wywinę, hehe. Ot cała prawda i tylko prawda.
Adrenalina i pośpiech robiły ze mną baaardzo niedobre rzeczy i chociaż powinienem z biegiem czasu to zapamiętać, tak w sytuacjach takich jak ta nigdy mi się to nie udawało. I tak miało być i tym razem… Wymijając kolejne auta, obijając się o te jadące z naprzeciwka, prując jak szalony z trzysta na godzinę zostawiałem za sobą istny chaos. Co najmniej cztery auta zboczyły przez to z kursu, wypadając z trasy. Słyszałem za sobą pisk opon, dźwięki dobijających do siebie samochodów, wgniatanej blachy i tłuczonego szkła. Ciekawe co pojawiało się w głowach tych wszystkich ludzi? „Co się dzieje?”, „Czy przeżyję?”, „Kim jest ten człowiek?”, „Dlaczego to spotyka właśnie mnie?” albo „A było w horoskopie, żeby nie wychodzić dzisiaj z domu, nosz kurwa.”.
Kiedy po dłuższej chwili znów spojrzałem za siebie ujrzałem zgoła postapokaliptyczny widoczek i ani śladu Einara. Pewnie wirujące w powietrzu samochody zdołały go na tyle zająć, że całkowicie stracił orientację. FUCK YEAH.
— WOOOHOO! — z ust wydostał się plemienny okrzyk radości i uznania dla samego siebie i swoich zdolności w robieniu bajzlu w każdej sytuacji. — Czas sobie pośpiewać!
Tak, zamiast patrzeć się na drogę, włączyłem radio i zacząłem szukać poprzez stacje jakiegoś chwytliwego kawałka , którym to chciałem uczcić swoją udaną ucieczkę.
— Rihanna – nie, Lady Gaga – nie, Ed Sheeran też nie… — mamrotałem pod nosem, przełączając na następną stację. I wreszcie… OMÓJBOŻE, serio?! Moje ulubione duo?! Jak na zawołanie!
Za chwilę już cieszyłem słuch utworem Old Friends, oczywiście śpiewając wraz z wokalistami, bo jakżeby inaczej.
— Francis said it’s five o’clock, how about we find a rock and throw it at some cars from the bridge — dało się słyszeć moją cudną barwę, przecinaną gdzieniegdzie kolejnymi dźwiękami stłuczek. I wszystko byłoby idealnie. BYŁOBY NAJIDEALNIEJ. Nie ma takiego słowa? Otóż to. Nie mogłoby być… nie w obliczu tego szajsu, który miał zaraz nastąpić.
Kiedy minąłem już obrzeża miasta a przede mną zaczął się rozciągać las, na jednym ze skrzyżowań wyskoczył tir… dotarło do mnie co się dzieje na tyle wcześnie, żeby nie zostać przez niego zmiażdżonym na papkę, ale jednocześnie na tyle późno, aby nie móc go wyminąć… Nagłe i gwałtowne szarpnięcie kierownicą w bok sprawiło, że jeep przekoziołkował kilka razy i zatrzymał się na rosnących przy drodze drzewach. To stało się tak szybko, że szok na twarzy utrzymywał mi się długą, naprawdę długą chwilę. A tak poza tym to jechałem bez pasów, bo chciałem być bardziej cool. Well… shit. Latałem wewnątrz samochodu jak ważka po energetyku. Plus… AŁA?! Holy motherfucking god, jak mną jebutnęło w tej kurwie. Tak mocno, że aż wyleciałem przez przednią szybę, jeszcze zanim wóz umówił się na randkę z pniakiem. Przeturlałem się kilka metrów na szklanych odpryskach i ogólnie leżąc we krwi doszedłem do wniosku, że dzisiaj jest mój pechowy dzień.
Tak właściwie to jeszcze czy zaraz tutaj nie zejdę, bo widziałem ciemność… A nie, dobra, nie, wystarczyło otworzyć oczy. W każdym razie leżałem tak przez chwilę w bólu i twardym milczeniu.
— UUUUUUUUGHHHHHH, FAAAAAAAAAAAAAAK!!!!!!!!!!
No, prawie.
Zaciskając zęby, powoli zacząłem się podnosić do siadu, nie będąc pewnym czy każda część ciała w dalszym stopniu działa jak należy. Wtedy toteż zwróciłem uwagę na kawałki szkła powbijane w randomowe miejsca na swoim ciele. Najwięcej ich było na rękach, lecz znalazło się również kilka na w okolicach brzucha czy nogach. Tyle dobrze, że nie utkwiły specjalnie głęboko. Tak szczerze… to nawet nie chciałem wiedzieć jak musiałem teraz wyglądać… Śliwa od Einara to nic w porównaniu z teraźniejszą stylówką. … Einar. EINAR. O KURWA NIE. Przecież on za mną jechał. Udało mi się go zgubić, bo miałem nad nim przewagę w czasie, ale… właśnie ją straciłem. A on nie był wcale daleko. On był… Zacząłem się powoli podnosić z ziemi, aby zdążyć doczołgać się w stronę płonącego auta, obok którego leżała spluwa. Złapałem ją między dłonie i chowając się za jednym z drzew, czekałem na przybycie tego zdeterminowanego skurwiela. Wiedziałem, że się zjawi, oj wiedziałem.




To nie był mój ulubiony dzień, nie był nawet w mienimalnym stopniu taki, jaki zaplanowałem z samego początku. Wybuchy? Wypierdolenie wszystkich danych, nad którymi pracowałem? Pościg? I to jeszcze bez muzyki, która dałaby tej akcji jakiegoś powera, celu przygody, słysząc utwór need for speed mógłbym chociaż przez chwilę wyobrazić sobie, że jestem na jebanym planie filmowym, a ten skurwiel tak naprawdę wcale mi nie zwiewa sprzed nosa.
Wcisnąłem pedał gazu jeszcze mocniej, przejeżdżając przez ostatnie fragmenty miasteczka, w której dało się jakkolwiek przejechać. Nie ma co, Isaisas. Właśnie doprowadziłeś do śmierci jakiś niewinnych obywateli, pogrążyłeś w ranach i krwi zwykłych Januszów i Grażyn tylko po to, by uratować swój tyłek. Ale to niby ja jestem tym złym. Dobre sobie.
Nie, nie odczuwałem jakiegoś wyraźnego, doskwierającego współczucia, które wyżerałoby mi sumienie. Sprzedałem je kiedyś na allegro za sześciopak piwa i no cóż... Sory ludzie. Za to ochota wpierdolenia temu sukinsynowi rosła, widząc jaki zrobił syf... I to ja się muszę z tym użerać. Omijać. Zwalniać i przyśpieszać tak, że moje auto zdawało się już wystarczająco zdezorientowane i miałem wrażenie, że zaraz mu pójdą koła. Ale choćby mnie poduszka powietrzna wypierdoliła za okno to i tak nie miałem zamiaru mu tym razem odpuścić.
Mimo że zmieniałem ulice, korków i masy wychodzących, gapiących się ludzi zdawalo się nie mieć końca... Przynajmniej dopóki nie trafiłem na parę przeturlanych powozów, rozbitych zderzaków i palącego się busu, niedaleko którego stali przerażeni cywile. Czyli... Byłem bliżej. Do moich uszu dochodziły dźwięki istnego chaosu, z oddali rozpoznałem też syreny policji. No pięknie. Jeszcze tylko psów mi tutaj brakowało.

Wygiąć mu wszystkie kończyny aż będzie kwiczał z bólu, unieruchomić i zmiażdzyć jego kutasa, rozpruć go pięściami, czy skończyć z nim kulką w łeb, by przywrócić sobie święty spokój? Jak z Tobą skończyć, gówniarzu? Bo jeśli nie dzisiaj, nie jutro, to za miesiąc. Jestem przecież cierpliwy, wbrew pozorom. Przeklniesz dzień, w którym twój szef dał Ci na mnie zlecenie. To nie była tylko misja, którą masz się zając, malutki... Tylko twoja czasochłonna egzekucja.

Kiedy po kilku minutach dojechałem do miejsca, w którym ciemny, ukradziony przez Isaiasa pojazd płonął, poczułem isnty zawód. Wypełnił mnie od stóp do głowy, mieszając się z irytacją i gniewem. Że jak to. Tak po prostu? Zginął? Szlag. Ten pierdoleniec zginął? Kurwa, za szybko. Kurwa.
- Ty chory kutasie. Tak łatwo się dałeś? Przez drzewo? Kurwa, drzewo Cie zabiło?- parsknąłem, zamykając z impetem drzwiczki od auta, z którego wysiadłem zaledwie kilkanaście sekund wcześniej, nawet nie rejestrując tego, co robię. Zacisnąłem mocno pięść na spluwie, czując niedosyt. Tak jakby mi ktoś spalił nową zabawkę, tuż po zabraniu mi jej... Tuż przed jej odzyskaniem.
Smród był nieznośny, dym przysłonił mi pole widzenia, przez co musiałem zmrużać oczy. Tak... Podszedłem do auta, nie mogąc się powstrzymać przed ujrzeniem jego ciała. Mimo że za chwilę palący się w połowie samochód mógł wybuchnąć, a ja poszedłbym w pizdu równie szybko, jak on. Jednak na przednim siedzeniu... Nie było go. Oczy mnie nie myliły, wóz był pusty, tak jak w tamtej chwili moje myśli.
Raz...
Dwa...
Nie ma go w nim. Nie ma go na trawie, na chodniku. Kurwa.
Odwróciłem się gwałtownie na pięcie, unosząc w tym samym czasie pistolet na poziom oczu, dokładnie rejestrując otoczenie. Wykonałem jeszcze parę kroków wokół swojego ciała, upewniając się, że nie znajduje się w polu widzenia. Fuck, nawet w górę spojrzałem. Skąd przyszło mi na myśl, że potłuczony, zraniony, pewnie cały we krwi Isaias będzie w stanie wejść na drzewo?
Właśnie. Nie mógł uciec. Nie było szans, żadnych, by wyszedł z tego cało. Nie wiem, jakim sposobem w ogóle udało mu się wyjść tuż po rozbiciu się, tym bardziej że ewidentnie, cały przód był zmiażdzony ale...
Wcześniej. Musiał jakoś wyskoczyć albo wylecieć wcześniej. Kurwa nie wiem. Pierdolony sukinsyn. Czułem, jak całe ciało miałem napięte. Nawet się chyba trochę spociłem. Tu już nawet nie chodziło o to, że mógł mi zwiać. Wkurwiałem się, bo mógł wiedzieć, gdzie jestem i oglądać mnie tymczasem, kiedy jego położenie było dla mnie zagadką. Tak jak za pierwszym spotkaniem. Eeh, właściwie drugim. Drugim...
- Chodź tu chujku! Co tak tchórzysz! Gdzie się podziały twoje jaja?!- krzyknąłem w przestrzeń, powoli idąc w do przodu i rozglądając się.
Ominąłem auto i kierowałem się bokiem w stosunku do niego i właściwie... Nie musiałem długo szukać. Leżał rozłożony na ziemi, wyglądając jak idealny kandydat do roli zakrwawionego zombie. Długo się nie przyglądałem, bo w tej samej chwili, gdy go zauważyłem cofnąłem się pośpiesznie, sycząc pod nosem przekleństwo. Strzał, jaki wykonał, był niczym innym, jak chęcią zamordowania mnie. Tak... Byłbym zapomniał, że o tyle, o ile on może mi się przydać, to mnie mógłby zabić bez mrugnięcia okiem.
Szansa pół na pół jeśli się do niego zbliżę.
- Masz siłę strzelać? Zaiste... Prawdziwy z Ciebie snajper, pewnie urodziłeś się z bronią w ręce... Mam Cie na celowniku, jesli się tylko wychylisz z chęcią poślę w Ciebie kulkę. Prawie bezbolesna śmierć, czyż nie?- mówiłem, trzymając pistolotet w gotowości na oddanie strzału i uważnie obserwując jakikolwiek ruch koło drzewa.
- Mam jednak propozycje nie do odrzucenia... Rzuć broń w bok, a tym razem tego nie zrobię... Nie zabiję... Obiecuję- powiedziałem, ostatnie słowo wypowiadając z wyraźnym naciskiem, uśmiechając się przy tym krzywo. Kolego, oj kolego... Jak będziesz miał ochotę kombinować to z chęcią pobawię się w celowanie do ruszającej się tarczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
altivia

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 07/03/2017
Skąd : Z lasu

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Wto Lip 03, 2018 3:19 pm


Miałem głęboko w poważaniu zdanie ciemnowłosego na temat całej organizacji, budynku, a tym bardziej mojego gabinetu. Moja dziura, moje papiery i mój bałagan. Trochę artystycznego nieładu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Isaias za dużo kłapał jadaczką, komentując wszystko co się dało w sposób tak sarkastyczny, iż zacząłem się zastanawiać, czy z jego ust padło kiedyś cokolwiek nie przesiąkniętego ironią. Uśmiechnąłem się mimowolnie, powstrzymując parsknięcie śmiechem na jakże głupie wyobrażenie Isaiasa jako niemowlaka, który na zapytanie „gdzie jest bobas?” wykrzywia swoją pomarszczoną twarz: „w lodówce, kurwa”. Sam miałem już nieźle zjechany mózg.
Tak, wszystko pykło, kiedy snajper ponownie postanowił otworzyć jadaczkę, a mój pozornie dobry humor ubić kolejnym tekstem o mojej żoneczce. Za każdym razem jak o niej wspominał dobitnie go ignorowałem, porównując jego błyskotliwe uwagi do docinek pięciolatka. Przesunąłem dłoń z jego klatki piersiowej na jego obojczyk, ściągając brwi.
- Zaraz zacznę podejrzewać, że jesteś zazdrosny Armando. Nie widzę też potrzeby by ci odpowiadać na twoje pytania, tym bardziej że raczej nie pomogą Ci one w żadnym wypadku z mapą- mruknąłem, odsuwając się od francy, chcąc rzeczywiście zapewnić mu jako takie warunki do skupienia. Wątpiłem, by moja obecność za jego plecami mu to gwarantowała, skromnie rzecz ujmując… Zerknąłem w stronę drzwi, zastanawiając się kiedy nadejdzie Emily z jedzeniem. Niestety, nim ujrzałem rudą głowę w gabinecie coś huknęło, a wszelkie papiery ułożone niedbale na krawędziach biurka znalazły się niedługo po tym na podłodze.
- Co jest kurwa?- przekląłem, niemalże od razu podchodząc do okna i odsuwając nieznacznie rolety. Pusto. Oplotłem spojrzeniem wszelkie budynki, które były w zasięgu mojego wzroku, zaułki i dachy, lecz za chuja niczego nie było widać. Ludzi też nie.
- Pewnie, już zapierdalam- odparłem Isaiasowi, który cieszył japę jak głupi. Zrobiło się cicho, lecz dopiero gdy ciemno ubrany mężczyzna został postrzelony, moje ciało przeszedł dreszcz. Ten, który wychodził z kamienicy... Wiedzą. Nie o kancelarię tu chodzi, lecz o nas. Zacisnąłem mocno zęby, sprawiając że cała czaszka zesztywniała w sekundzie. Gwałtownie zmieniłem położenie, znajdując się przed ciemnowłosym, by następnie złapać go za koszulę i agresywnie przyciągnąć sprawiając, że cała górna część jego ciała znajdowała się na biurkiem.
- Mów chuju, podaj chociaż jeden powód dlaczego nie powinieneś dostać w tym momencie kulki w łeb, bo jestem niemal prawie pewny że to wasza sprawka- syknąłem, czując jak gniew pulsuje mi w piersi, a dłonie aż proszą by spotkać się z twarzyczką szatyna.
- Nie, Gibson, zostaw go- usłyszałem damki głos, przez który mimowolnie odwróciłem zszokowaną twarz w stronę rudowłosej kobiety.
- Teoretycznie dobra wiadomość to taka że to nie jego organizacja. Zła, że nie mamy pojęcia co nas atakuje. Jeszcze gorsza to to- weszła, zamykając drzwi i odkładając jakieś pudełko na szafkę – że prawie cała ekipa jest na misji. Dalekodystansowców wcięło, najszybciej dotrą tutaj za kilka godzin. Ty wraz z innymi nie wyjdziesz bo cię zastrzelą jak królika podczas wiosennego polowania- nie zdążyła dokończyć, gdyż nastał drugi huk, po którym mój słuch delikatnie ucierpiał.
- Ja pierdole…
- Albo się ewakuujesz z większością albo… Nie wiem wpadłam na ten pomysł i sama w to nie wierze, ale jakbyś przypilnował Isaiasa… Nie wiem czy German się zgodzi ale on z pewnością nie chce zostawić budynku bez ochrony- kontynuowała, patrząc na mnie tymi swoimi cwanymi oczami. Do chuja, ona poważnie? Zerknąłem na snajpera, zastanawiając się jakie są zalety pomysłu dania mu broni, z którą czuje się jak z trzecią ręką. Szczerze to kurwa prawie żadne. Może w najlepszym razie ucierpię przy tym ja, a w najgorszym jednak się do nich dołączy. Zresztą czy on w ogóle chciał współpracować? Za dużo myślenia, za mało działania…
- Suwaj się- odparłem, dostając się do komputera i niemal natychmiast wchodząc w bazę programowania. Zaznaczyłem wszystkie dokumenty i ustawiłem na kopiowania do głównego dysku. Jak rozpierdolą budynek no to trudno.
-Co robisz?- Usłyszałem zniecierpliwiony głos Emily. Nie wiedziałem kto mnie bardziej irytował: ona czy Isaias.
- Kopiuje fap folder, nie zamierzam tego stracić- odparłem z przekąsem, zerkając kątem oka na ciemnowłosego, który również nie bardzo wiedział co się dzieje.
- Zamierzasz pomóc czy umywasz rączki? Rozwiewając twoje marzenia, z chwilą dostania broni do dłoni będziesz obserwowany, może nawet nie tylko przeze mnie- odparłem, wątpiąc, że się zgodzi. Marne były warunki, ale spytać się zawsze można. Niemalże jak z przełożeniem sprawdzianu.



Siedziałem sobie kulturalnie na krześle, nasłuchując z której strony im budynek rozjebywują, kiedy ten drągal ruszył na mnie z kopyta, niemal z pianą toczącą mu się z pyska i postanowił w ordynarny sposób potraktować mój t-shirt, ciągnąc go w swoją stronę niczym laska walcząca o ostatni egzemplarz na wyprzedaży.
— Było powiedzieć, fajfusie, to bym Ci go oddał bez szarpanin. — tak naprawdę to nie, ale każdy powód był dobry, aby jebnąć w niego przezwiskiem. Wtedy poczułem jak jego uścisk wzbiera na sile, a ciało wręcz zaczyna się trząść przez wzbierającą w nim wściekłość. Jego słowa wskazywały na to, że naprawdę bardzo chciał w tej chwili zrobić to, o czym na głos przy mnie fantazjował. Każdy inny gość na moim miejscu zapewne w tym momencie zacząłby błagać o litość albo spróbował chociaż uspokoić tego rozjuszonego psychola, ale nim zdążyłem głębiej przeanalizować sens jego słów (nie żebym kiedykolwiek się starał), z moich ust wydostało się coś innego.
— Stary, wiesz co to jest Nervosol? Jak wiesz, to łaskawie zażywaj to regularnie, bo spięcie sutów do niczego dobrego nie prowadzi. — wygłosiłem niezwykle spokojnie w kontraście do tego warczącego na mnie furiata. Nim jednak ta bestia z permanentnym wkurwem zdążyła być może wcielić w życie swój plan babka z wcześniej zdołała utemperować jego gniew kilkoma istotnymi faktami, a tym samym odwrócić ode mnie jego uwagę.
— Dzięki słonko, myślałem przez chwilę, że umiesz tylko nosić jedzenie, ale jak na kelnerkę potrafisz być przydatna. — posłałem jej szeroki uśmiech, poprawiając zmiętoloną przez tego gnojka bluzkę. Z tego co powiedziała wynikało, że znaleźli się w bardziej niż chujowej sytuacji. Jakaś szajka przypuściła na nich atak, akurat wtedy kiedy wszyscy snajperzy byli na misjach. Ojej. Czy tym interesem naprawdę zarządza taki debil? Kto normalny odpierdala taki szajs?
— Wasz szef jest naprawdę — przerwałem, parskając, ledwie powstrzymując wybuch gromkiego śmiechu — udany. Z takim przywódcą na czele podbijecie świat. O ile wcześniej nie nakarmią was metalem rzecz jasna. — zauważyłem, uśmiechając się niemal współczująco. Pfff, mając takiego lidera to aż dziw, że zaszli tak daleko. Najwidoczniej jechali na farcie, ale i on pewnego dnia musiał się skończyć. Wyśmienicie, że akurat na moje przybycie. Dobrze wiedzieć, że wszechświat mi sprzyja.
W miarę jak ruda kontynuowała swoją paplaninę moje oczy zaczęły się powiększać, a na usta wkradł się uśmiech, mówiący coś w stylu „haha, ale z was śmieszki”. Jeżeli to był żart to muszę przyznać, że dobry. Bardzo dobry.
Bez żalu odsunąłem się od komputera, obserwując kątem oka poczynania Einara, który skopiował więcej niż jeden folder. Widzę pokaźna kolekcja.
— Teraz już wiem czemu wszędzie walają się te chusteczki. — mruknąłem, kopiąc jedną z nich czubkiem buta. — Daj mi chwilę a znajdę i nawilżacz. — prychnąłem złośliwie, jednak już na starcie przerywając swoje poszukiwania, w chwili, w której facet powtórzył pomysł „kelnerki”.
Udałem, że się zastanawiam, marszcząc intensywnie brwi i robiąc z dłoni wieżyczkę, którą przystawiłem do ust, w akcie głębokiego rozmyślania.
— Hmmm pomyślmy, mam się narażać dla wrogiej mi agencji przy okazji dostając w zamian jedynie możliwość przedwczesnego gryzienia ziemi, hmmmm. Kuszące, ale chyba odmówię. — powiedziałem, kiwając głową z bólem w sercu i żałością w oczach. — No, to skoro ustaliliśmy wszystkie za i przeciw, mogę zacząć spierdalać? — uśmiechnąłem się z przekąsem, pokazując na drzwi.



Kurwa. Czemu zawsze to na mnie spadają takie rzeczy. Jestem od brudnej roboty, mogę komuś przypierdolić tak, że mu flaki wyjdą obiema stronami, ale dlaczego też każą ogarniać cały wydział. Co niby miałem zrobić? Złapać za broń, pójść na dach i zacząć zgrywać bohatera, który rozwali co najmniej dwa helikoptery, a mnie co najwyżej zostanie zadana rana w rękę? Zerknąłem na Isaiasa. Przez moją nieuwagę już raz się tak zdarzyło. Wolałbym zdechnąć niż kolejny raz tak długo siedzieć w szpitalu. Nienawidzę tych zjebanych obiadów. A raczej ich marną imitację. Pacjenci zapewne nie umierają tam od zadanych im ran, a od zatrucia pokarmowego.
Wymiana strzałów. Do tej pory głównie w grę wchodziła broń palna, zaś teraz poszły w ruch maszynowe. Tylko pytanie czy to moi byli właśnie wybijani jak króliki, a budynek pójdzie z dymem, czy… Dźwięk telefonu. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni ciemnych jeansów, wiedząc, że jeśli w tej chwili będzie to jakaś oferta z play to się bardzo mocno zdenerwuję… Może nawet ułatwię wrogowi zadanie i rozwalę ten cudny budyneczek.
„Skasuj wszystko”
Parsknąłem śmiechem. No jasne. Szef nigdy nie był zbyt sentymentalny. Od czasu do czasu zdarzało się, że zostawaliśmy wykryci. Kto nie przeżyje- trudno. Przeżyłeś? Leć do innej bazy, chociaż jeśli masz ogon to równie dobrze możesz się spotkać z kulką we łbie od własnej organizacji. Smutny los, kto by w ogóle dołączał do takiego biznesu? No właśnie…
Popatrzyłem na ekran komputera, sprawdzając czy wszystko się ładnie skopiowało. Wyjąłem pendrive’a, by następnie wejść w panel sterowania i przełączyłem na sieć grupową. Następnie włamałem się do własnego serwisu. Zniwelować wszystko czy pozostawić co nieco… Jeśli szczęście nam będzie sprzyjało to mogą okazać się niezbyt inteligentni i być może nie zauważą że to, co istotne zostało skasowane. Cóż, jeśli chodzi o mnie to miałem bardziej pecha, a czas gonił…
- Jak już znajdziesz to skorzystaj, przyda Ci się- oznajmiłem, ostatecznie klikając enter. Bay Bay, moja piękna roboto… W końcu te małe pierdołki, których nie było na pendrive’ie też wymagały czasu. Wieczoru… Czasem kilka. A to wszystko będę musiał robić jeszcze raz, bo jacyś debile wpadli na pomysł rozwalenia tego wszystkiego w proch. Oczywiście nie zdążą, to że obok znajdowała się kancelaria jeszcze do czegoś zobowiązywało. Dźwięk syren i zbliżającej się policji zastąpił krzyk paniki ludzi cywilnych, stłumiony wielokrotnymi strzałami.
Cóż, nie liczyłem jakoś bardzo na to, że Isaias się zgodzi i w tej kwestii się nie pomyliłem. Emily wykazała się tutaj uroczą naiwnością, skoro myślała, że ochoczo nam pomoże. Zresztą ja lepszy nie byłem, skoro zdecydowałem mu się to zaoferować. Wszakże byłem ciekawy, co odpowie… Gdybym był na jego miejscu pewnie uśmiechnąłbym się i kiwnął twierdząco głową… Zastanawiałbym się kto pierwszy ma dostać w łeb, gdy już dostanę broń- mój oprawca, czy jego koleżanka. Ale nie. On z całkowitą szczerością odmówił. To było tak słodkie że aż nabrałem ochoty, by go rzucić na to biurko i odpowiednio się nim zająć.
- Spierdalamy razem- powiedziałem, podnosząc się z miejsca, sprawdzając przy biodrze obecność broni i niczym prawdziwy gentelman otworzyłem drzwi, by przepuścić w nich Emily.
- Wyjście awaryjne będzie pewnie zablokowane, ale nie mamy wyboru. Plan jest taki, by wyjść i …- przerwałem, widząc jej ostre spojrzenie i zirytowanie w oczach. Co ja znowu złego zrobiłem?
- Oboje wiemy, że nie najlepszy z Ciebie strateg, Einar. Muszę zobaczyć, co z moimi towarzyszami… Nie każdy jest samotnikiem, jak ty- mruknęła, sięgając dłonią pod spódniczkę, skąd wydobyła krótki, masywny pistolet – jego – skierowała lufę prosto na ciemnowłosego, co nawet mnie zaskoczyło i sprawiło, że troszkę zesztywniałem. Ejże! To ja mam go zabić, kobieto. Nie odbieraj tej przyjemności. – Zostawiam Tobie. Zdzwonimy się- dodała, by pobiec z tego co zrozumiałem w stronę przedniej windy. Jasne, pełno tam naszych ludzi ale ryzyko i stopień niebezpieczeństwa... Pokręciłem głową. Kiedy ta mała, groźna jak francuski szczeniaczek cholera mnie zostawiła obiecałem sobie, że nie będę próbował więcej zrozumieć kobiet. I że się już nie ożenię. Po chuj to komu.
- Lecisz pierwszy, do końca korytarza potem w lewo, windą na pierwsze piętro, skręcasz w prawo, awaryjne drzwi i schodzisz po schodach. Mam nadzieje, że zapamiętałeś, bo jak zaczniesz kombinować to chętnie poćwiczę strzelanie na Tobie- mruknąłem, pokazując głową by ruszył. Jak tak dalej pójdzie to nam to wszystko runie, a my będziemy mogli jedynie przeklinać pod gruzem.





Na „spierdalamy razem” wzruszyłem ramionami, ruszając za zmierzającym w stronę wyjścia mięśniakiem.
—Wolałbym sam, ale powiedzmy, że gościowi z gnatem ciężko odmówić. — uśmiechnąłem się raczej gorzko. Einar zaczął na głos obmyślać plan wydostania się z zawalającej się rudery. W tym czasie ruda kelnerka przerwała jego wywód, aby w grzeczny sposób powiedzieć, że jest kutasem, bo zostawia swoich za plecami. Organizacja składająca się z egoistycznych dup za długo nie ciągnie, ale co ja się będę wypowiadał, kiedy sam nie byłem lepszy. Gdybym był na jego miejscu to pewnie ostatnie o co bym się martwił to los swoich towarzyszy. Jak nie przeżyją to znajdą się nowi, a ja? Ja byłem tylko jeden.
W czasie swojej gadki kobieta nagle wymierzyła we mnie lufę, a ja odruchowo, cofnąłem się o krok, nieśmiało unosząc dłonie na wysokość klatki piersiowej.
— Wasza kelnerka reaguje trochę zbyt negatywnie na nazywanie jej profesji po imieniu. — zarzuciłem uwagą w stronę Einara, który sam wydawał się trochę zaskoczony zachowaniem rudowłosej. Nie wiedziałem za bardzo co dziewczyna teraz ma w głowie i czy rzeczywiście planuje pociągnąć za spust, ale nim zdążyłem rozważyć swoje opcje na uniknięcie kulki kobieta opuściła broń, a ja wyraźnie odetchnąłem.— Musicie ją stopniowo do tego przyzwyczajać, inaczej kiedyś dojdzie do tragedii. — dodałem do swoich wcześniejszych słów, ale Einar już wtedy postanowił zignorować moje bardzo trafne uwagi i poinstruował mnie, w którą stronę musimy się kierować, aby opuścić zagrożony teren, na koniec oczywiście zarzucając standardową dla niego groźbą. Wywróciłem oczami, uderzając w drogę.
— Coś Ty taki przewrażliwiony? Nie widzisz, że jak na razie jestem grzeczny? — uśmiechnąłem się tak uroczo jak tylko umiałem, a umiałem. Ładna buźka ma swoje zalety. — Powinieneś się czuć wyjątkowy, jeszcze nigdy tak długo nie byłem komuś posłuszny. Jak widzisz, musisz mieć „to coś”. — odrzekłem dwuznacznie, bardziej skłaniając się jednak ku wersji z tym, że facet miał spluwę, którą mógł mi zrobić w tyłku drugą dziurę niż na metaforycznym odniesieniu do jakiejś pociągającej mnie cechy.
Kiedy znaleźliśmy się już w windzie, która zaczęła swoją wędrówkę w dół, nagle, pod wpływem kolejnego wybuchu, całą instalacją zatrzęsło tak bardzo, że dosłownie zarzuciło w środku naszą dwójką jak kulkami w grzechotce. Przez chwilę myślałem, że runiemy z windą na sam dół i powiemy „papa” życiu, ale tak się nie stało. Poza tym, że obolali skończyliśmy na posadzce, zresztą w dość dziwnej pozycji, to nie wydarzyło się nic takiego. Co ciekawe, znalazłem się dokładnie pomiędzy rozłożonymi nogami mężczyzny, twarzą niemal przy samym jego kroczu.
Sycząc od nieprzyjemnego upadku, powoli podniosłem się na rękach, które już od jakiegoś czasu opierały się o uda Einara. Jedną z nich oderwałem od skrytego za materiałem ciała, aby rozmasować swoją obolałą klatkę piersiową. Wtedy toteż parsknąłem wymownie, lekko zaciskając dłoń na jego spodniach.
— Świat chyba lubi patrzeć jak robię Ci loda. — założyłem, podnosząc się z posadzki z cichym śmiechem. W każdym razie żarty żartami, ale budynek popadał w ruinę coraz bardziej, a my wciąż byliśmy w środku. Nie było już zbyt wiele czasu, czułem to i Einar chyba też. Dosłownie wypadliśmy z windy, gdy ta, wreszcie doczołgała się na wybrane piętro i ruszyliśmy pędem w stronę domniemanego wyjścia. Sufit zaczął dosłownie pękać nad naszymi głowami, pył i sypiący się gruz zaczął wypełniać korytarze, na tyle, że pokonywanie kolejnych metrów okazało się trudniejsze niż myślałem. Aż w końcu… ogromny kawałek sufitu dosłownie załamał się tuż nad naszymi głowami… jako, że biegłem przodem, bo tak zażądał sobie Einar, uskoczyłem przed siebie, podczas gdy Einar, aby uniknąć ogromnej, śmiercionośnej płyty, musiał się cofnąć. Przez chwilę miałem nadzieję, że został zmiażdżony pod gruzem, ale, damn, po drugiej stronie usłyszałem jego głos. Obejrzałem się za siebie, kaszląc od nadmiaru pyłu, który znalazł się w moich płucach i… dostrzegłem szansę. Płyta spadła tak niefortunnie, że dosłownie zrobiła dziurę w podłodze… jeżeli Einar będzie chciał znaleźć się po mojej stronie, będzie musiał przejść tuż przy ścianie jak po jebanej linie w cyrku, co przy jego posturze i wciąż trzęsącym się budynku na pewno nie zajmie pięciu sekund. Podniosłem się z ziemi i wnet powietrze przeciął mój gromki śmiech.
— Wiesz co świat jeszcze lubi? Jak wygrywam. — zawołałem na tyle głośno, aby pomimo wszechobecnego hałasu zdołał mnie usłyszeć. Kiedy stwierdziłem, że bardzo ładnie udało mi się podsumować to, co właśnie miało miejsce, uznałem, że wypada się ewakuować. Chyba już dawno tak szybko nie spierdalałem, jednocześnie ciesząc ryja jak mało kiedy. No bo jak inaczej nazwać to, co przed chwilą się wydarzyło? Łut szczęścia? Przeznaczenie? Jeżeli rzeczywiście istnieje ten cały boski panteon to chyba kurwa ktoś mnie musi tam na górze lubić. Zawsze myślałem, że bogowie wolą wspierać dobrych ludzi, ale wychodzi na to, że i tam znajdą się tacy, którzy sprzyjają czarnym charakterom. Nie będę narzekał.
Tuż przed wyjściem awaryjnym schowałem się za rogiem, aby wyczaić czy wokół nie kręcą się ci źli panowie, co zburzyli im siedzibę. Nie zdziwiłem się, że nie zastałem nikogo na swojej drodze, pewnie wszyscy czekali na zewnątrz. Na chuj mieliby się kręcić w środku tykającej bomby? Najciszej i najpowolniej jak potrafiłem otworzyłem drzwi na tyle, abym mógł przez drobną szparę dojrzeć, co dzieje się na zewnątrz. Zmarszczyłem brwi zdumiony, kiedy okazało się, że jedynie dwójka ludzi obstawia samo wyjście, do tego… stojąc do niego plecami. Czy to naprawdę te bystrzaki rozwaliły im bazę? Wrogów mają przednich jak widzę.
Złapałem za kawałek gruzu, który podtoczył się pod moje stopy i porządnie się wychylając, zamachnąłem się trafiając jednego z gości w tył głowy, który zaraz padł jak długi plamiąc krwią asfalt. Drugi, zanim zdążył ogarnąć co się dzieje, skończył tak samo jak jego kolega od głębokich rozmów. Wypuściłem kamień, przetrzepując ręce i wyszarpnąłem broń z rąk wciąż coś mamroczącego faceta, za chwilę unosząc ją w górę i oddając dwa celne strzały prosto w głowy delikwentów. Rozejrzałem się po otoczeniu, zaraz dostrzegając samochód pilnujących wyjścia gości.
— Bingo, skurwiele. Najpierw broń, teraz wóz… kto by pomyślał, że wasza obecność tak mi się przysłuży! — szturchnąłem jednego z trupów lufą, prawie że po przyjacielsku. Dobra, dość tych czułości… Einar w każdej chwili mógł wyleźć z budynku, a ja, pomimo, że miałem broń, wolałem się zmyć niż ryzykować niepotrzebne wpadnięcie na tego kurwiszona. Dopadłem do otwartego jeepa, wślizgując się do środka i zatrzaskując drzwi. I dokładnie w tym momencie kątem oka dostrzegłem jak mój porywacz z wkurwem w oczach wytacza się z budynku, który już pękał w szwach. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja zanim wcisnąłem gaz, pomachałem mu środkowym palcem przez okno.
— Baj, baj, dziwko! — pożegnałem się, z piskiem opon ruszając z miejsca.



Jasne, był grzeczny. Posłuszny, jak nigdy, ale wiedziałem, że to maska najbardziej cwana ze wszystkich. Wykazałby się nadzwyczajną głupotą, gdyby teraz jakkolwiek próbował się zbuntować, co nie przyniosłoby mu żadnych korzyści…
Ciemnowłosy rzucił się w stronę wcześniej przeze mnie wskazaną, a ja pomknąłem za nim, zerkając ostatni raz w stronę kobiecej postaci, której włosy mignęły mi jeszcze zaledwie na chwilę. „Nasza kelnerka” była o tyle konkretną babeczką, że bez przeszkód poradziłaby sobie ze zgrają amatorów, dzierżących palne bronie. Ale kto wie, kto będzie tam na dole… Czy się o nią martwiłem? Cóż, niezupełnie… Może będę jedynie tęsknił za idealnie zrobioną kawę i złośliwymi uwagami, które w jej kierunku rzucałem. Nie to abym tak od razu ją przekreślał…
Wbiegłem do windy, myśląc, że to będą ostatnie sekundy na wzięcie głębokiego oddechu przed przyszłą ucieczką, jednak nie mogłem się bardziej mylić. Pierdolony wybuch sprawił, że przed moimi oczami pojawiła się scena, jak zostajemy uwięzieni w porąbanej windzie, czekając jak takie śledzie na zgon, chyba że ktoś ewentualnie przerwałby akcję i powstrzymał napastników przed całkowitym zrównaniem budynku z ziemią.
Nie do końca wiedziałem co się stało, gdy jednak otworzyłem oczy widziałem brudny sufit, moja kość ogonowa nie była zbyt szczęśliwa, a poniżej mojego pasa przybłąkał się kmiot. Nie no, czarująco. Wiedziałem, że od naszego pierwszego spotkania z pewnością niejednokrotnie marzył, by znaleźć się pomiędzy moimi nogami, ale mógłby się powstrzymywać w kryzysowych sytuacjach.
- Tak, zwalaj na świat… - mruknąłem, obserwując jak podnosi się ze mnie, z durnym uśmiechem na twarzy. Tej pojebanej, zajebiście idealnej twarzy. Fuck you, Isaias.
W końcu sam podniosłem się z twardej posadzki, otrzepując się pośpiesznie i zaciskając długie palce na broni, jakby upominając siebie w duchu, że jedyne, co mogę mu w tej sytuacji zrobić, to go do cholery zabić. Póki co trzymałem się jednak wersji wywleczenia naszej dwójki spoza budynku, by móc wyciągnąć z niego wszystko, co wie. Nieważne jakimi sposobami. Niestety nie będzie to trwało krótko… Kit i kłamstwo to pewnie jego hobby.
Biegłem za Isaiasem, czując jak budynkiem trzęsie jak dorodną galaretą, jak w oddali latają pociski… W wyobraźni mogłem sobie jedynie przedstawić tych wszystkich ludzi, których jeszcze parę dni temu widziałem zapalczywie pracujących, teraz leżących sztywnych i zimnych, pozbawionych jakichkolwiek oznak życia. Podświadomie spiąłem mięśnie u rąk, mając kolejny dowód na to, że nie warto się jakkolwiek przyzwyczajać do ludzi.
W pewnym momencie sufit dosłownie zaczął spadać. Ludzie ględzą cały czas o ciągu życia, które im przeleciało przed oczami, kiedy prawie otarli się o śmierć… Ja za to miałem jedną wielką pustkę w głowie i mindfucka na twarzy, gdy już doszło do mnie co się stało. Próbowałem ujrzeć cokolwiek przed sobą mimo pyłu i kurzu, drażniącego mój nos i przeszkadzający w oddechu. Nie wiem, co podziałało na mniejsze odczuwanie bólu po odrzuceniu mnie do tyłu. Adrenalina, czy szok, gdy zobaczyłem przed sobą płytę.
- Co jest kurwa?!- krzyknąłem, dotykając ją dłonią i delikatnie pchając. I jak ja, do cholery, miałem to obejść? Jednak chwila, kiedy zorientowałem się w jakiej sytuacji się znalazłem nadeszła dopiero po usłyszeniu głosu Isaiasa.
- No chyba kpisz…- warknąłem, zaciskając dłoń w pięść i przywalając nią w gruz. Kurwa, bolało. Kurwa mać. Ty pierdoleńcu. Ty niedorobiony chuju!
- ISAIAS!!!
Zwiał mi? No chyba nie… Einar, uspokój się… Wziąłem dwa większe oddechy, pomagające mi w oczyszczeniu umysłu… Potrzebowałem tego… Potrzebowałem, by wyjść z tej dziury. Inaczej tu utkwię, do jasnej cholery.
Nie wiem ile mi to zajęło, jednak nie mogłem nic na to poradzić. W pewnym momencie szczelina pomiędzy płytą, a ścianą była tak wąska, że myślałem, iż tam utkwię, jak taki pojeb na wystawie. Będąc po drugiej stronie widziałem unoszący się kurz, wyjście z daleka… Ale ani śladu po ciemnowłosym mężczyźnie. Czułem, jak zapalniczka wewnątrz mnie się zapala, a ja dosłownie ledwo powstrzymuje się, by nie krzyknąć ze wściekłości. Miałem go. Miałem go kurwa. Dla siebie, mogłem być bliżej tego cholerstwa niż kiedykolwiek, tej misji, tego kodu, tego pieprzonego kodu, przez który wszystko poszło się pierdolić kolejny raz w moim życiu.
- Świat nie chce, byś wygrał, gówniarzu… Tylko lubi popatrzeć sobie w grę kotka i myszki… A na końcu zazwyczaj ją przecież łapie- splunąłem, ruszając biegiem przed siebie. Minąłem dwóch trupów i spojrzałem na otoczenie… Widziałem jak odjeżdża ze zwycięskim uśmiechem, a palec, który wystawił był dla mnie w tej sytuacji jak kręcenie dupą gorącej laski przed seksem. Zapraszasz mnie w ten sposób do pościgu, pojebie. I chociaż mógłbym wziąć najbliższe auto, uznałem że szperanie w kablach za dużo mi zajmie. Podbiegłem do własnego, musząc nieznacznie okrążyć budynek. Wsiadłem z impetem do samochodu i zostawiłem całe to gówno za sobą.
Cisnąłem pedał gazu próbując go nie zgubić, choć był znacznie dalej ode mnie. Gdy skręcił, zapewne próbując mnie zgubić, bez zastanowienia zrobiłem to ulicę wcześniej, ledwo co omijając jadącego rowerzystę. Znałem tą część miasta jak swoje rodzinne i choć widziałem go przed paroma innymi samochodami, miałem coraz mniejsze nadzieje, by go dopaść. A przynajmniej do momentu, gdy zorientowałem się, że wjeżdża na rejon niezwykle ruchliwych skrzyżowań… Gdy Cię złapię Isaias… Będziesz mnie prosił o śmierć.






— PFFFFHAHAHAHAH, nie wierzę! — parsknąłem śmiechem, waląc dłonią w kierownicę. Zwiałem. ZWIAŁEM. Wyrwałem się spod jarzma tego psychola i spierdalałem w najlepsze poprzez miasto. W lusterku dojrzałem jak wóz Einara jest coraz dalej i dalej, niewiele brakowało do tego, abym całkowicie zniknął mu z oczu. Bardzo niewiele. Parę zakrętów i będzie mógł pomarzyć o tym, że kiedykolwiek mógł dopiąć swojego celu. Będę niczym więcej jak tylko bolesnym przypomnieniem jak to mógł zyskać w oczach swoich szefuniów, ale nie wyszło, bo najzwyczajniej w świecie zjebał. Chociaż… nie tylko on by zawalił, bo w końcu ja żem taka łasica jest, że każdemu się wywinę, hehe. Ot cała prawda i tylko prawda.
Adrenalina i pośpiech robiły ze mną baaardzo niedobre rzeczy i chociaż powinienem z biegiem czasu to zapamiętać, tak w sytuacjach takich jak ta nigdy mi się to nie udawało. I tak miało być i tym razem… Wymijając kolejne auta, obijając się o te jadące z naprzeciwka, prując jak szalony z trzysta na godzinę zostawiałem za sobą istny chaos. Co najmniej cztery auta zboczyły przez to z kursu, wypadając z trasy. Słyszałem za sobą pisk opon, dźwięki dobijających do siebie samochodów, wgniatanej blachy i tłuczonego szkła. Ciekawe co pojawiało się w głowach tych wszystkich ludzi? „Co się dzieje?”, „Czy przeżyję?”, „Kim jest ten człowiek?”, „Dlaczego to spotyka właśnie mnie?” albo „A było w horoskopie, żeby nie wychodzić dzisiaj z domu, nosz kurwa.”.
Kiedy po dłuższej chwili znów spojrzałem za siebie ujrzałem zgoła postapokaliptyczny widoczek i ani śladu Einara. Pewnie wirujące w powietrzu samochody zdołały go na tyle zająć, że całkowicie stracił orientację. FUCK YEAH.
— WOOOHOO! — z ust wydostał się plemienny okrzyk radości i uznania dla samego siebie i swoich zdolności w robieniu bajzlu w każdej sytuacji. — Czas sobie pośpiewać!
Tak, zamiast patrzeć się na drogę, włączyłem radio i zacząłem szukać poprzez stacje jakiegoś chwytliwego kawałka , którym to chciałem uczcić swoją udaną ucieczkę.
— Rihanna – nie, Lady Gaga – nie, Ed Sheeran też nie… — mamrotałem pod nosem, przełączając na następną stację. I wreszcie… OMÓJBOŻE, serio?! Moje ulubione duo?! Jak na zawołanie!
Za chwilę już cieszyłem słuch utworem Old Friends, oczywiście śpiewając wraz z wokalistami, bo jakżeby inaczej.
— Francis said it’s five o’clock, how about we find a rock and throw it at some cars from the bridge — dało się słyszeć moją cudną barwę, przecinaną gdzieniegdzie kolejnymi dźwiękami stłuczek. I wszystko byłoby idealnie. BYŁOBY NAJIDEALNIEJ. Nie ma takiego słowa? Otóż to. Nie mogłoby być… nie w obliczu tego szajsu, który miał zaraz nastąpić.
Kiedy minąłem już obrzeża miasta a przede mną zaczął się rozciągać las, na jednym ze skrzyżowań wyskoczył tir… dotarło do mnie co się dzieje na tyle wcześnie, żeby nie zostać przez niego zmiażdżonym na papkę, ale jednocześnie na tyle późno, aby nie móc go wyminąć… Nagłe i gwałtowne szarpnięcie kierownicą w bok sprawiło, że jeep przekoziołkował kilka razy i zatrzymał się na rosnących przy drodze drzewach. To stało się tak szybko, że szok na twarzy utrzymywał mi się długą, naprawdę długą chwilę. A tak poza tym to jechałem bez pasów, bo chciałem być bardziej cool. Well… shit. Latałem wewnątrz samochodu jak ważka po energetyku. Plus… AŁA?! Holy motherfucking god, jak mną jebutnęło w tej kurwie. Tak mocno, że aż wyleciałem przez przednią szybę, jeszcze zanim wóz umówił się na randkę z pniakiem. Przeturlałem się kilka metrów na szklanych odpryskach i ogólnie leżąc we krwi doszedłem do wniosku, że dzisiaj jest mój pechowy dzień.
Tak właściwie to jeszcze czy zaraz tutaj nie zejdę, bo widziałem ciemność… A nie, dobra, nie, wystarczyło otworzyć oczy. W każdym razie leżałem tak przez chwilę w bólu i twardym milczeniu.
— UUUUUUUUGHHHHHH, FAAAAAAAAAAAAAAK!!!!!!!!!!
No, prawie.
Zaciskając zęby, powoli zacząłem się podnosić do siadu, nie będąc pewnym czy każda część ciała w dalszym stopniu działa jak należy. Wtedy toteż zwróciłem uwagę na kawałki szkła powbijane w randomowe miejsca na swoim ciele. Najwięcej ich było na rękach, lecz znalazło się również kilka na w okolicach brzucha czy nogach. Tyle dobrze, że nie utkwiły specjalnie głęboko. Tak szczerze… to nawet nie chciałem wiedzieć jak musiałem teraz wyglądać… Śliwa od Einara to nic w porównaniu z teraźniejszą stylówką. … Einar. EINAR. O KURWA NIE. Przecież on za mną jechał. Udało mi się go zgubić, bo miałem nad nim przewagę w czasie, ale… właśnie ją straciłem. A on nie był wcale daleko. On był… Zacząłem się powoli podnosić z ziemi, aby zdążyć doczołgać się w stronę płonącego auta, obok którego leżała spluwa. Złapałem ją między dłonie i chowając się za jednym z drzew, czekałem na przybycie tego zdeterminowanego skurwiela. Wiedziałem, że się zjawi, oj wiedziałem.




To nie był mój ulubiony dzień, nie był nawet w mienimalnym stopniu taki, jaki zaplanowałem z samego początku. Wybuchy? Wypierdolenie wszystkich danych, nad którymi pracowałem? Pościg? I to jeszcze bez muzyki, która dałaby tej akcji jakiegoś powera, celu przygody, słysząc utwór need for speed mógłbym chociaż przez chwilę wyobrazić sobie, że jestem na jebanym planie filmowym, a ten skurwiel tak naprawdę wcale mi nie zwiewa sprzed nosa.
Wcisnąłem pedał gazu jeszcze mocniej, przejeżdżając przez ostatnie fragmenty miasteczka, w której dało się jakkolwiek przejechać. Nie ma co, Isaisas. Właśnie doprowadziłeś do śmierci jakiś niewinnych obywateli, pogrążyłeś w ranach i krwi zwykłych Januszów i Grażyn tylko po to, by uratować swój tyłek. Ale to niby ja jestem tym złym. Dobre sobie.
Nie, nie odczuwałem jakiegoś wyraźnego, doskwierającego współczucia, które wyżerałoby mi sumienie. Sprzedałem je kiedyś na allegro za sześciopak piwa i no cóż... Sory ludzie. Za to ochota wpierdolenia temu sukinsynowi rosła, widząc jaki zrobił syf... I to ja się muszę z tym użerać. Omijać. Zwalniać i przyśpieszać tak, że moje auto zdawało się już wystarczająco zdezorientowane i miałem wrażenie, że zaraz mu pójdą koła. Ale choćby mnie poduszka powietrzna wypierdoliła za okno to i tak nie miałem zamiaru mu tym razem odpuścić.
Mimo że zmieniałem ulice, korków i masy wychodzących, gapiących się ludzi zdawalo się nie mieć końca... Przynajmniej dopóki nie trafiłem na parę przeturlanych powozów, rozbitych zderzaków i palącego się busu, niedaleko którego stali przerażeni cywile. Czyli... Byłem bliżej. Do moich uszu dochodziły dźwięki istnego chaosu, z oddali rozpoznałem też syreny policji. No pięknie. Jeszcze tylko psów mi tutaj brakowało.

Wygiąć mu wszystkie kończyny aż będzie kwiczał z bólu, unieruchomić i zmiażdzyć jego kutasa, rozpruć go pięściami, czy skończyć z nim kulką w łeb, by przywrócić sobie święty spokój? Jak z Tobą skończyć, gówniarzu? Bo jeśli nie dzisiaj, nie jutro, to za miesiąc. Jestem przecież cierpliwy, wbrew pozorom. Przeklniesz dzień, w którym twój szef dał Ci na mnie zlecenie. To nie była tylko misja, którą masz się zając, malutki... Tylko twoja czasochłonna egzekucja.

Kiedy po kilku minutach dojechałem do miejsca, w którym ciemny, ukradziony przez Isaiasa pojazd płonął, poczułem isnty zawód. Wypełnił mnie od stóp do głowy, mieszając się z irytacją i gniewem. Że jak to. Tak po prostu? Zginął? Szlag. Ten pierdoleniec zginął? Kurwa, za szybko. Kurwa.
- Ty chory kutasie. Tak łatwo się dałeś? Przez drzewo? Kurwa, drzewo Cie zabiło?- parsknąłem, zamykając z impetem drzwiczki od auta, z którego wysiadłem zaledwie kilkanaście sekund wcześniej, nawet nie rejestrując tego, co robię. Zacisnąłem mocno pięść na spluwie, czując niedosyt. Tak jakby mi ktoś spalił nową zabawkę, tuż po zabraniu mi jej... Tuż przed jej odzyskaniem.
Smród był nieznośny, dym przysłonił mi pole widzenia, przez co musiałem zmrużać oczy. Tak... Podszedłem do auta, nie mogąc się powstrzymać przed ujrzeniem jego ciała. Mimo że za chwilę palący się w połowie samochód mógł wybuchnąć, a ja poszedłbym w pizdu równie szybko, jak on. Jednak na przednim siedzeniu... Nie było go. Oczy mnie nie myliły, wóz był pusty, tak jak w tamtej chwili moje myśli.
Raz...
Dwa...
Nie ma go w nim. Nie ma go na trawie, na chodniku. Kurwa.
Odwróciłem się gwałtownie na pięcie, unosząc w tym samym czasie pistolet na poziom oczu, dokładnie rejestrując otoczenie. Wykonałem jeszcze parę kroków wokół swojego ciała, upewniając się, że nie znajduje się w polu widzenia. Fuck, nawet w górę spojrzałem. Skąd przyszło mi na myśl, że potłuczony, zraniony, pewnie cały we krwi Isaias będzie w stanie wejść na drzewo?
Właśnie. Nie mógł uciec. Nie było szans, żadnych, by wyszedł z tego cało. Nie wiem, jakim sposobem w ogóle udało mu się wyjść tuż po rozbiciu się, tym bardziej że ewidentnie, cały przód był zmiażdzony ale...
Wcześniej. Musiał jakoś wyskoczyć albo wylecieć wcześniej. Kurwa nie wiem. Pierdolony sukinsyn. Czułem, jak całe ciało miałem napięte. Nawet się chyba trochę spociłem. Tu już nawet nie chodziło o to, że mógł mi zwiać. Wkurwiałem się, bo mógł wiedzieć, gdzie jestem i oglądać mnie tymczasem, kiedy jego położenie było dla mnie zagadką. Tak jak za pierwszym spotkaniem. Eeh, właściwie drugim. Drugim...
- Chodź tu chujku! Co tak tchórzysz! Gdzie się podziały twoje jaja?!- krzyknąłem w przestrzeń, powoli idąc w do przodu i rozglądając się.
Ominąłem auto i kierowałem się bokiem w stosunku do niego i właściwie... Nie musiałem długo szukać. Leżał rozłożony na ziemi, wyglądając jak idealny kandydat do roli zakrwawionego zombie. Długo się nie przyglądałem, bo w tej samej chwili, gdy go zauważyłem cofnąłem się pośpiesznie, sycząc pod nosem przekleństwo. Strzał, jaki wykonał, był niczym innym, jak chęcią zamordowania mnie. Tak... Byłbym zapomniał, że o tyle, o ile on może mi się przydać, to mnie mógłby zabić bez mrugnięcia okiem.
Szansa pół na pół jeśli się do niego zbliżę.
- Masz siłę strzelać? Zaiste... Prawdziwy z Ciebie snajper, pewnie urodziłeś się z bronią w ręce... Mam Cie na celowniku, jesli się tylko wychylisz z chęcią poślę w Ciebie kulkę. Prawie bezbolesna śmierć, czyż nie?- mówiłem, trzymając pistolotet w gotowości na oddanie strzału i uważnie obserwując jakikolwiek ruch koło drzewa.
- Mam jednak propozycje nie do odrzucenia... Rzuć broń w bok, a tym razem tego nie zrobię... Nie zabiję... Obiecuję- powiedziałem, ostatnie słowo wypowiadając z wyraźnym naciskiem, uśmiechając się przy tym krzywo. Kolego, oj kolego... Jak będziesz miał ochotę kombinować to z chęcią pobawię się w celowanie do ruszającej się tarczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Momoko
Admin
avatar

Liczba postów : 54
Join date : 28/01/2017

PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   Nie Lip 15, 2018 8:45 pm


         Czy czekanie przy tym drzewie rzeczywiście było najlepszym wyjściem? Pewnie nie, ale w obecnym stanie to chyba cud, że udało mi się w ogóle przeczołgać do tego miejsca. Szczerze mówiąc najchętniej to bym się kurwa stamtąd nie ruszał, bo wszystko mnie bolało jak jasny skurwysyn i każdy ruch wywoływał u mnie niemały ból, ale leżenie na widoku byłoby jeszcze gorszym pomysłem.
         Oparłem niezwykle ciążącą mi teraz głowę o pień drzewa i przymknąłem na chwilę oczy, jednocześnie wytężając słuch i starając się skupić na otaczających mnie dźwiękach. Miałem stuprocentową świadomość tego, że Einar prędzej czy później trafi na mój trop i tu przyjedzie, a ja jedyne co mogłem teraz zrobić to czekać i zaatakować go z zaskoczenia. Będę mieć tylko jedną, jedyną szansę i albo ją wykorzystam albo będzie po mnie. Świetnie, co nie?
         Minuty zdawały się zmieniać w godziny, a ja czułem, że zaraz tego psychicznie nie wytrzymam. Byłem teraz tak cholernie łatwym celem… gdyby nie fakt, że Einar coś ode mnie chciał to prawdopodobnie już mógłbym żegnać się z życiem. Tak czy owak mój oddech był niesamowicie płytki i niespokojny. Starałem się wyciszyć i jakoś opanować rozbiegane myśli, ale zwyczajny strach przed tym, co może zaraz nastąpić skutecznie mi to uniemożliwiał. Tą zadręczającą mnie pętlę negatywnych myśli przerwał dźwięk nadjeżdżającego samochodu, pisk opon, a następnie głośne trzaśnięcie drzwiami, które sprawiło, że niemalże podskoczyłem, ściskając mocniej gnata w ręce. Chwilę później powietrze przeciął głos Einara, który przez dobrą chwilę był święcie przekonany, że drzewo mnie zamordowało. No i cacy, koleżko, wierz w to, wierz, mi to bardzo na rękę. Ale cóż to? Czyżby w jego głosie dało się słyszeć nutkę rozczarowania i jakiegoś żalu? Och, no masz, ten sukinsyn prawie mnie wzruszył.
         Minęła kolejna długa chwila ciszy, która wydawała się ciągnąć w nieskończoność, a którą to ponownie przerwał Einar, tym razem wykrzykując, abym się ujawnił. Szlag! Musiał obejść samochód i dostrzec, że mnie tam nie było… albo tak bardzo nie chce uwierzyć w moją śmierć, że do auta nawet się nie zbliżył, zakładając, że to przecież niemożliwe, abym zginął z taką łatwością. Jakkolwiek by nie było, nie mogłem dłużej czekać i liczyć na to, że tak po prostu sobie pójdzie, to by nie było do niego podobne. Gnojek z dokładnością przeczesałby cały teren i dopóki nie upewniłby się na własne oczy co się stało z moim ciałem, nawet nie miałem co liczyć na to, że zostawi to miejsce w spokoju. Wychyliłem się lekko zza pniaka, chcąc wreszcie zobaczyć jak prezentuje się sytuacja… Einar krążył wokół szczątków pogruchotanego wozu, rozglądając się we wszystkie strony. Wysunąłem się nieznacznie z bronią, czekając tylko na moment, aż podejdzie jeszcze bliżej, abym mógł mieć pewność, że go trafię. I stało się, wystrzeliłem, kiedy Einar stanął ze mną niemalże oko w oko. I… spudłowałem. Chuj odskoczył dosłownie w ostatnim momencie.
         — NIE, NIE, NIE!!! TY ZWINNY ZJEBIE! — warknąłem z wściekłością, uderzając w furii ręką o pień, czego natychmiast pożałowałem. Syknąłem z bólu, zabierając dłoń, po której teraz ściekała krew. Mój oprawca nie zamierzał dać mi drugiej szansy na przypuszczenie ataku, wycofując się tak, abym nie mógł go dosięgnąć. Westchnąłem z rezygnacją na szybko kalkulując w głowie to, co mogłem w tej chwili zrobić. Niestety, żadna z opcji nie zawierała ujścia z życiem i jednoczesnego pokonania tego zjeba, będąc w takim stanie. Co prawda zależało mu na przejęciu ważnych dla jego szefa informacji, ale na pewno nie kosztem swojego życia, hah, aż tak poświęcony swojej pracy chyba nie był. A więc jeżeli go zaatakuję to z pewnością będzie próbował się bronić, a ja, teraz, kiedy nawet poruszanie się było dla mnie problemem – jakie stanowiłem dla niego zagrożenie? Poczułem ucisk w gardle i to jak uczucie porażki sprawia, że moje dłonie dosłownie zaczęły się trząść z wściekłości. Nie wierzę, nie wierzę! Mam się poddać?! Mam z nim wrócić? Tak po prostu? Poddać się i z nim pójść? Moją twarz naraz wykrzywiło coś w rodzaju oburzenia, obrzydzenia i gniewu, a ja musiałem dosłownie resztkami zdrowego rozsądku powstrzymać się przed tym, żeby pomimo mojego stanu nie wychylić się i nie zacząć strzelać na ślepo jak jakiś ostatni świr, pogrążony w głębokiej rozpaczy, która odebrała mu ostatki zmysłów.
         — Ja pierrrrrrrrrdolę… — zawarczałem przez zaciśnięte zęby, jednocześnie wyrzucając broń gdzieś w cholerę. Nie wiedziałem co przyjdzie jako następne… Einar podejdzie i mnie zastrzeli, czy pobije i zapakuje do wozu. Teraz miałem to już w dupie. Przeżywałem kryzys wiary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: SYSTEM [akcja, +18]   

Powrót do góry Go down
 
SYSTEM [akcja, +18]
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» System rozgrywania meczów.
» Statut szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie [do edycji]
» Grade System

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Inne wypociny :: Opowiadania różne-
Skocz do: